czwartek, 23 grudnia 2010

PIERNIK CIOCI RENI

Bynajmniej nie mam żadnej cioci Reni...
Jest to jednak bardzo szczególny dla mnie piernik. Przepis pochodzi z "Przyjaciółki" z roku 1969 (nawet dla mnie jest to prehistoria) i robiła go moja mama odkąd sięgam pamięciom. Zawsze na Boże Narodzenie czasem na Wielkanoc, rozchodziły się piernikowe zapachy . Najpierw zapach parzonej kawy i tłuczonych w ściereczce młotkiem goździków, a potem zapach pieczonego piernika. Piernik mama piekła w prodiżu. Przez szybkę obserwowałem rosnące ciasto i przez specjalne dziurki, specjalnym drucikiem sprawdzaliśmy czy już jest suchy.
Kuchnia nie była ulubionym miejscem mojej mamy, nie lubiła gotować i na szczęście nie musiała, więc za ten piernik tym bardziej należały się jej brawa.
Kiedy mamy zabrakło, mimo że miałem ciekawsze zajęcia, jak przystało na młody wiek, czasami piekłem na święta "Piernik Cioci Reni". Teraz kiedy mam rodzinę staram się robić go na każde Boże Narodzenie. Też tłukę goździki młotkiem w ściereczce i piekę go w prodiżu, zresztą w tym samym (kiedyś to robili porządne AGD :)).
Nie będę przepisywał przepisu, prezentuję go Wam w oryginale i gorąco polecam, jest bardzo piernikowy :)))
W prodiżu grzanym tylko od góry piekę go ok 45 minut.
Dziękuję za wszystkie życzenia świąteczne i też życzę:

wtorek, 21 grudnia 2010

Pierniczki


Jednak słodkości to nie jest mój żywioł... ale zaraz święta i słodkie "co-nieco" by się jednak zdało. Kolejny raz zabrałem się z dziećmi za wytwarzanie świątecznych pierniczków. Przepis znalazłem nowy, w "Lawendowym Domu"...
Po ostatnich przygodach z makaronikami, wszystko sprawdzałem dwa razy! No i ... znów porażka!?! Doszliśmy do momentu kiedy trzeba ciasto wyrobić na gładką masę, a w misce znów "ciasto naleśnikowe". Jakaś klątwa!!! Czy już tak będzie zawsze?! Czy tylko z ciastami, czy z mięsem też? Jonasz...
Dzieci patrzyły na mnie trochę dziwnie, ale musiałem zachować spokój (i autorytet:)). W ruch poszła torebka z mąką... jeszcze i jeszcze, i jeszcze trochę... Po wsypaniu prawie kilograma zamiast jednej szklanki, zrobiło się tak jak powinno być.
Uff!
Rozwałkowałem, dałem potomstwu foremki i zagoniłem do roboty!
Dalej poszło gładko, ja się już zbytnio nie wtrącałem, żeby znów coś się nie popsuło...
Po upieczeniu okazało się, że inna ilość mąki nic nie zmieniła. Pierniczki były pyszne i nie różniły się zbytnio (w smaku:)) od tych z oryginalnego przepisu. Miałem okazję to sprawdzić organoleptycznie w sobotę na warsztatach dla dzieci prowadzonyh przez Beatę z Lawendowego Domu. (Bardzo się cieszę, że się poznaliśmy. Beato, pozdrowienia dla Lubo!)
Przed świętami będzie jeszcze o bardzo zacnym pierniku (nie! nie będę pisał o sobie!), chyba że jak w zeszłym roku uda mi się i to zepsuć :-)))
P.S.
Generalnie pierniczki nie zostały udekorowane. Lubimy takie sote :-)

wtorek, 14 grudnia 2010

Makaroniki... :-(

Wszędzie słodkości! Tu pierniczki, tu ciasteczka, tu pierniczki, tu bezy, tu muffinki, tu... znów pierniczki... Zrobimy i pierniczki.
Basia wyszła dziś z inicjatywą zrobienia jakiś ciasteczek. Dałem jej książkę (moją ulubioną) Wyśmienita kuchnia francuska, żeby coś sobie wybrała... Wybrała MAKARONIKI...
Makaroniki robi się np tak jak u Małgosi...
Ale makaroniki w mojej książce to ciasteczka - kuleczki obtoczone w cukrze pudrze, z wciśniętym migdałem i wybierając je nie mieliśmy pojęcia o tym jak wyglądają prawdziwe makaroniki...
Ja, dostarczywszy Młodej składniki i "życiowe rady", poszedłem z Młodym na zajęcia. Kiedy wróciliśmy Basia zgłosiła problem: tato nasz malakser nie chce się ruszyć...
Migdały pięknie zblanszowane, obrane i podpieczone były już zmielone z cukrem. Malakser odmówił współpracy po wlaniu części białek (Basia robiła wszystko zgodnie z książką!). To co się w nim znajdowało było nie do ruszenia! ...? To powinno być puszystą masą z której trzeba zrobić kulki! Bez szans! Żeby malakser ruszył wlałem trzecie białko. I ruszył... Tylko że nie widziałem najmniejszych szans na zrobienie kulek z czegoś co miało konsystencję ciasta naleśnikowego!
No i wtedy zajrzałem do Małgosi...
To co zrobiliśmy zgadzało się z Jej przepisem, z tą różnicą, że ciasto małymi porcjami należało wylać na papier do pieczenia... a nie robić kulki!!!
Dalej poszło gładko.
Okazało się jednak, że makaroniki po pieczeniu trzeba czymś skleić.
Z braku innych składników wybraliśmy nutellę.
Jednak dla nas, lubiących najbardziej smak winegretu, połączenie super słodkich makaroników z nutellą było już przegięciem!
Te trzy do zdjęcia są z nutellą, reszta pozostała sote.
Są super migdałowe... choć nie super okrągłe :-(
Z Basi będzie dobra... cukierniczka? No właśnie! Facet to cukiernik, a dziewczyna? Cukiernica?
Kolejny przejaw dyskryminacji...
Może jakieś parytety?

wtorek, 7 grudnia 2010

Grzane wino. Ale uwaga na kwas!

Wieczór: ciemno, zimno... Po spacerze z psem... (nasza Kredka nie jest kulawa, ale w taką pogodę trudno ją wieczorem wyciągnąć na spacer). Zachciało nam się z Tęczą grzanego wina. Jaki problem?! Po drugiej stronie ulicy jest sklep. Poszedłem i kupiłem czerwone wino i torebkę "grzańca imbirowego z cytryną" firmy KAMIS...
Na szczęście wsypałem tylko pół opakowania na butelkę 0,7 chociaż producent zaleca w przepisie torebkę na pół litra wina lub piwa. Różne rzeczy człowiek w młodości pijał i nie wybrzydzał, ale żeby wypić taki kwasior to trzeba być baaardzo spragnionym! Żeby nie wylewać wina do zlewu, bo Bachus mógłby się rozgniewać, musiałem dolać drugą butelkę i dodać miodu, cynamonu i goździka. No i co? I kto to teraz wypije? A moja wątroba? Nic z tego! Było na dwa dni i dla gościa stykło.
Tak to jest jak się idzie na łatwiznę!
Nie dość, że paskudne to było w smaku (w pierwszej wersji), to jeszcze zastanawia mnie co naprawdę jest w tych wszystkich grzańcach skoro rozpuszczają się i nie ma prawie żadnego osadu...(w końcu jestem technik-chemik). Przecież cynamon, goździki, gałka muszkatołowa, imbir, itp nie rozpuszczają się. Powinny pływać na dnie! A tu nic... wszystko się rozpuszcza (no prawie).
Kiedy po kilku dniach, znów nas naszło na grzańca, zrobiłem wszystko tradycyjnie.
Kupiłem butelkę czerwonego wina półwytrawnego (może być półsłodkie) marki Sophia. Wlałem do garnka około 100 - 150 ml, wrzuciłem kilka rozkruszonych goździków, kawałek (lub szczyptę) cynamonu, plaster pomarańczy, kilka cienkich plasterków imbiru. Chwilkę gotowałem pod przykryciem. Powstała "esencja" grzańca. Później wlałem resztę wina, dwie łyżki miodu i zagrzałem pod przykryciem, pilnując żeby się nie zagrzało zbyt mocno lub co gorsza zagotowało - ucieka całe oprocentowanie!
Grzejcie się grzańcem! Tylko nie zagotujcie się, bo i Wam oprocentowanie ucieknie!
P.S.
Co to jest czarna marchew?
Ekstrakt soku z czarnej marchwi znalazłem w innym grzańcu firmy KAMIS... robi tam kolor malinowy.
Pierwszy raz słyszę o takim warzywie (owocu), czy ktoś coś wie?
Może to jakaś odmiana pastewna...

czwartek, 2 grudnia 2010

Samo zdrowie! Sok Franciszka!

Franciszek zachęcony ostatnimi pochwałami za galaretkę, postanowił zrobić sok z marchwi i nie tylko...
Zachęcałem go, żeby intensywniej uczył się literek to będzie mógł założyć swój blog. Niestety, na razie będzie korzystał z mojego... literki są dość nudne, a tata już umie pisać i ma blog! Interesujące jest konstruowanie robotów i różnych maszyn, a literki... nuuuda!
Kiedy wymienialiśmy lodówkę, koniecznie domagał się, żeby stara trafiła do jego pokoju... zrobiłby z niej działko z mrożącym laserem... (chyba nic nie przekręciłem?) "takie w końcu naprawdę!". A z piekarnika miało powstać jakieś zapalające działko ... (już pamiętam: wyrzutnia ognistych kul!)
A tym czasem, musiałem wydobyć zabytkową sokowirówkę...
Dwa kilogramy marchwi...
Dwa jabłka...
Jedna cytryna bez skórki... chociaż może lepiej byłoby ją zjeść samą?
Ale radocha była wielka...
i sok był pyszny!

DO DNA!!!

środa, 24 listopada 2010

Ma być tanio! (BIGgulasz za 43 zł)

Tanio! Ma być tanio! Kryzysu niby nie ma, ale ma być tanio. Wszystko i wszędzie. W TV ciągle atakuje mnie reklama ubezpieczenia na "starość"... Ubezpieczenie na życie od złotówki dziennie. "Zadbaj o swoją rodzinę..." Ale od 45-go roku życia... no niestety nie łapię się! (jeszcze chwilę)
A! W tym miejscu małe wtrącenie a'propos życia ...
Niedawno, lekarz robiący mi USG, kiedy trochę nerwowo zareagowałem na to co mi zdiagnozował, odpowiedział: "A co Pan tak się denerwuje? Wie Pan ile to plusów jak się umiera w Pana wieku... Tłumy na pogrzebie..."
No, ale spoko narazie planuję inne atrakcje... :)
Tak sobie wziąłem do serca, że ma być wszystko tanio... dzisiaj będzie prosto i smacznie jak zwykle, i jeszcze TANIO!
Wielki, naprawdę wielki gar gulaszu za +/- 43 złote.
Mięso kupiłem w supermarkecie w promocji. Normalne, świeże mięcho! Reszta zakupów również z tego samego sklepu.
schab z warkoczem 1,5 kg - 20 zł
wino czerwone (Sophia Gamza) - 8 zł
seler naciowy - 2,5 zł
papryka czerwona 2 szt. - 2 zł
cebula 4 szt. - 1 zł
marchew 3 szt. - 0,5 zł
przyprawy - 0,5 zł
pomidory w puszce Dawtona (całe) 2 szt. - 4 zł
puszka cieciorki - 3,5 zł
pół cytryny - 0,5 zł
Razem 42,50 zł
Tanio? Za taki gar pysznego gulaszu to darmo!
Warzywa pokrojone wedle uznania, lekko obsmażyłem w dużym żaroodpornym garnku. Dodałem przyprawy (czubata łyżka papryki do gulaszu, łyżeczka mielonego kminku, łyżeczka tymianku, sól, pieprz), sok i skórkę z 1/2 cytryny, szczypta cukru.
Oprószyłem odrobiną mąki i jeszcze chwilkę na gazie.
Zalałem winem, dodałem mięso pokrojone w kostkę mięso, pomidory i cieciorkę. Jeśli trzeba to trochę wody.
Po zagotowaniu wstawiłem na 2,5 godziny do (nowego!) piekarnika rozgrzanego do 200 st. C. (Możecie wstawić do starego:)
Podałem z pieczonymi ziemniakami i sałatą z miodowo-ziołowym winegretem... Na taki wieczór jak dzisiejszy - BINGO!
Było pysznie i tanio! :) Obrus a'la cerata z folii 3,50 zł.
A na deser była galaretka cytrynowa z wiśniami i plasterkiem cytryny. W 100% według pomysłu Franciszka. Teraz jak ktoś taką zrobi, musi ją nazywać "Galaretką Franciszka" (mrożone wiśnie kazał mi zalać warstwą galaretki, po zastygnięciu resztą płynu i dodać plasterek cytryny:)

piątek, 19 listopada 2010

"W ZIEMIAŃSKIM DWORZE"

Przeczytałem książkę... Nie żebym się chwalił, że przeczytałem. To nie pierwsza moja przeczytana... Nie, nie. Kilka książek w roku udaje mi się przeczytać. Kiedyś bardzo tego nie lubiłem, chociaż miałem na to czas (bo musiałem). Teraz chętnie czytam, ale nie zawsze mam kiedy. Jak w ruskim przysłowiu: nie choczesz - nie nada! zachoczesz - nie budźet!
No, ale... przeczytałem fajną książkę! "W ZIEMIAŃSKIM DWORZE. Codzienność, obyczaje, święta, zabawy" autorstwa Maji Łozińskiej, a wydaną przez PWN.
Ludzie! To było życie!
Barwne, z fantazją i rozmachem, ale z szacunkiem dla tradycji i wiary. Życie w zgodzie z naturą. Rytm wyznaczała przyroda. I to nie tylko rytm dnia, ale całego roku.
Ale w zgodzie z naturą nie oznacza nudnie...
Kiedy na Wielkanoc pieczono ciasta... "Ciasto z białej pszennej mąki i ogromnej liczby żółtek (Kucharz wielkopolski zalecał litr żółtek na dwie szklanki mąki) utartych z cukrem, doprawiano szafranem rozpuszczonym w wódce, utłuczoną w moździerzu wanilią..."
A jak się bawiono... A te polowania...
No, a przede wszystkim jakie budowano domy! Te dzisiejsze klocki... Czy taki współczesny projektant nie mógłby troszkę zainspirować się ówczesną architekturą...
Znajdziecie tam sporo zdjęć z epoki.
Ale co ja tu będę... sami się przekonajcie!
A to mała próbka ilustracji z książki, które pochodzą z Narodowego Archiwum Cyfrowego. ( Wypisuję wszystkich posiadaczy praw autorskich ).
                                Józef Mehoffer Widok wiosenny z Janówki
To było dla ducha, a dla ciała... sałatka z rukoli, która spokojnie mogłaby stanąć na "pańskim" stole.
Sałatka pochodzi od Pascala Brodnickiego.
Rukolę, cienkie plastry gruszki, pestki granata i wiórki parmezanu skropiłem sosem z oliwy, balsamico i cytryny. Bajka...

czwartek, 11 listopada 2010

Uczta polsko - duńska w Chorwacji

Dawno, dawno temu w Chorwacji... a dokładnie w lipcu 2010... Kiedy temperatury powietrza były w przedziale 35 -38 st. C, w pięknych okolicznościach przyrody, miała miejsce uczta zacieśniająca więzy Polski i Danii.
Piękne okoliczności przyrody - dla mnie- przejawiały się tym, że wszędzie rośnie jedzenie.
Kąpię się morzu, a dookoła pływają pyszne ryby, kalmary, na skałach mule... wychodzę z morza głodny!
 Idę polną drogą, a w rowach pachnie zabójczo szałwią, koprem włoskim, rozmarynem... a na polu stado młodziutkiej baraniny... jeszcze nie pieczonej...i człowiek znów głodny!
Idę wyrzucić śmieci... a tam taki zapach liści laurowych, że aż kręci w nosie... a to ktoś strzygł żywopłot laurowy i to co obciął wyniósł, o zgrozo, na śmietnik!
No, ale wracając do uczty... 
W letnim domu w którym mieszkaliśmy, wypoczywały jeszcze trzy rodziny. Dwie niemieckie i jedna duńska. Obok nas mieszkali Duńczycy - bardzo sympatyczna, wielopokoleniowa rodzina. Kolacje wszyscy spożywali na swoich tarasach lub przy stołach na zewnątrz, pod wiatami. Każda rodzina sobie, ale z Thomasem i jego rodziną często "chwaliliśmy" się tym co mamy dziś na stole. Któregoś dnia, ustaliliśmy, że zrobimy zrzutkę, a ja zrobię zakupy i kolację.
Oto nasze menu.
Główną rolę odgrywały oczywiście ryby: dorada i (już sobie przypomniałem) okoń morski.
Ryby wcześniej natarłem oliwą, solą, pieprzem. Okonie obłożyłem z zewnątrz i w środku rozmarynem (rósł przy moim samochodzie), a dorady koprem włoskim (rósł przy tarasie Niemców). Do środka wszystkich ryb włożyłem jeszcze po plasterku cytryny i poszedłem rozpalać grilla...
(c)photo by Tęcza
Do ryb były ziemniaki obgotowane z czosnkiem i rozmarynem, a później grillowane na tackach al. Do tego cebula biała i czerwona lekko grillowana na tackach. Następnie dodatki: sałatka z grillowanej cukinii z miętą, sałatka z pomidorów (takich pachnących, dojrzałych!) z bazylią, owczym serem i oliwą z oliwek zza płotu, zielona sałata z winegretem. Do ryb specjalny sos z siekanych pomidorów z ziołami, balsamico i oliwą, cytryna w ćwiartkach. Całkiem obok "kruch na żaru", czyli chleb (pszenny,biały, jak wielka buła) smarowany oliwą z czosnkiem i ziołami, lekko grillowany. No i oczywiście "bilo wino" Marćeta od naszej kochanej Loredany ( u której mieszkaliśmy w ubiegłym roku, a na ich stronie www pozostał po tym drobny ślad).
A przygotowania i uczta wyglądały tak:

Towarzystwo było zacne, wina przednie to i wieczór mijał bardzo sympatycznie. Rozprawiałem z Thomasem o kulinariach i o historii, o astronomi i o dzieciach... I nie miało najmniejszego znaczenia to, że nigdy nie uczyłem się angielskiego... z upływem czasu dogadywaliśmy się co raz lepiej. A kiedy okazało się że Thomas trochę zna francuski nasza rozmowa przybrała jeszcze ciekawszą formę! Czasem prosiłem Tęczę o przetłumaczenie jakiegoś trudniejszego słowa. Nie wiem tylko dlaczego Basia słuchając naszej dyskusji miała takie duże zdziwione oczy...

sobota, 6 listopada 2010

Chorwacja... cd

Przypomniałem sobie, że nie podzieliłem się z Wami wszystkimi smakołykami z Chorwacji... Prawdę powiedziawszy, to czekałem na taką bardziej makabryczną aurę za oknem :)))

Ale dzisiaj tylko zapowiedź następnego odcinka...
Ryby (dorady i ... nie pamiętam nazwy tych drugich... może ktoś poznaje...) marynują się w ziołach (rozmaryn, koper włoski), oliwie, cytrynie, pieprzu i soli.
To jest Poreć... "Dacie wiarę", że miejsce z którego zrobiłem to zdjęcie było oznaczone specjalną tablicą, że TO jest miejsce do fotografowania panoramy miasta o zachodzie słońca... :)

A żeby jednak coś można było przyrządzić po przeczytaniu tego wpisu... zapodaję pewną inspirację na sałatkę, którą namiętnie zajadaliśmy na wakacjach...
Jak polać oliwą... będzie pychotka!
Mam nadzieję, że troszeczkę cieplej i milej Wam się zrobiło!