wtorek, 7 grudnia 2010

Grzane wino. Ale uwaga na kwas!

Wieczór: ciemno, zimno... Po spacerze z psem... (nasza Kredka nie jest kulawa, ale w taką pogodę trudno ją wieczorem wyciągnąć na spacer). Zachciało nam się z Tęczą grzanego wina. Jaki problem?! Po drugiej stronie ulicy jest sklep. Poszedłem i kupiłem czerwone wino i torebkę "grzańca imbirowego z cytryną" firmy KAMIS...
Na szczęście wsypałem tylko pół opakowania na butelkę 0,7 chociaż producent zaleca w przepisie torebkę na pół litra wina lub piwa. Różne rzeczy człowiek w młodości pijał i nie wybrzydzał, ale żeby wypić taki kwasior to trzeba być baaardzo spragnionym! Żeby nie wylewać wina do zlewu, bo Bachus mógłby się rozgniewać, musiałem dolać drugą butelkę i dodać miodu, cynamonu i goździka. No i co? I kto to teraz wypije? A moja wątroba? Nic z tego! Było na dwa dni i dla gościa stykło.
Tak to jest jak się idzie na łatwiznę!
Nie dość, że paskudne to było w smaku (w pierwszej wersji), to jeszcze zastanawia mnie co naprawdę jest w tych wszystkich grzańcach skoro rozpuszczają się i nie ma prawie żadnego osadu...(w końcu jestem technik-chemik). Przecież cynamon, goździki, gałka muszkatołowa, imbir, itp nie rozpuszczają się. Powinny pływać na dnie! A tu nic... wszystko się rozpuszcza (no prawie).
Kiedy po kilku dniach, znów nas naszło na grzańca, zrobiłem wszystko tradycyjnie.
Kupiłem butelkę czerwonego wina półwytrawnego (może być półsłodkie) marki Sophia. Wlałem do garnka około 100 - 150 ml, wrzuciłem kilka rozkruszonych goździków, kawałek (lub szczyptę) cynamonu, plaster pomarańczy, kilka cienkich plasterków imbiru. Chwilkę gotowałem pod przykryciem. Powstała "esencja" grzańca. Później wlałem resztę wina, dwie łyżki miodu i zagrzałem pod przykryciem, pilnując żeby się nie zagrzało zbyt mocno lub co gorsza zagotowało - ucieka całe oprocentowanie!
Grzejcie się grzańcem! Tylko nie zagotujcie się, bo i Wam oprocentowanie ucieknie!
P.S.
Co to jest czarna marchew?
Ekstrakt soku z czarnej marchwi znalazłem w innym grzańcu firmy KAMIS... robi tam kolor malinowy.
Pierwszy raz słyszę o takim warzywie (owocu), czy ktoś coś wie?
Może to jakaś odmiana pastewna...

9 komentarzy:

  1. to jest odmiana marchwi. próbowałam na festiwalu nauki w ramach stoiska akademii rolniczej.

    OdpowiedzUsuń
  2. No a nie trzeba było od razu samemu dodać przyprawy, tylko posiłkować się Kamisem?
    Uwaga na chemię!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale czy to jadalne dla człowieków?
    A Kamis pojawił się z lenistwa :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdzieś czytałem, że pospolita nazwa skorzonery to właśnie czarna marchew. Daje m.in. intensywny czerwony kolor, nazywana też jest szparagami ubogich.
    A grzańca z chęcią napiłbym się, ale takiego własnej roboty. Ja do podanego przez Ciebie składu dodaję jeszcze kardamon, czasem gałkę muszkatołową i miód.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. uwielbiam grzane wino.
    w miłym towarzystwie, przy palącym sie w komiku ogniu... za oknem wtedy może byc nie wiadomo jaka śnieżyca.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ubawiłam się. :-) Dobrze, ze całej beczki nie trzeba było dolać, musiałbyś niezłą imprezę zorganizować. :-)

    Domowe grzane wino uwielbiam. Grzane piwo zresztą też. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dobrze Robercie wiedzieć, jak to z tym Kamisem jest. Bo jeszcze i ja się bym kiedyś z lenistwa skusiła :)
    bo grzane wino uwielbiam... mam nadzieję, je niebawem na wrocławskim jarmarku na Rynku przetestować - mam nadzieję, że serwują tam coś dobrego...

    OdpowiedzUsuń
  8. Ech, mój znajomy kiedyś zrobił grzańca z przyprawą piernikową (w końcu tu korzenie i tam korzenie ..) - w przyprawie była.. mąka ;)

    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Czarna marchew, to w sumie marchew jak ja pan bog stworzyl, nim ludzie zaczeli kombonowac na wlasna reke, to marchew bywala roznoraka, raczej nie pomaranczowa (http://www.carrotmuseum.co.uk/today.html).
    A mieszankom gotowym mowimy stanowczo "NIE" :) Nie po to w kuchni stoja sloiczki z przyprawami, zeby mi mowili jak ma moje wino smakowac grzane ;) Slonecznosci :)

    OdpowiedzUsuń