środa, 3 grudnia 2014

Kaczka w sosie pomarańczowym. Na świąteczny obiad.

Zbliżają się święta. Zaczynamy zastanawiać się co przygotować na świąteczny stół. Wigilia to sprawa oczywista. Świąteczne śniadanie też raczej należy do standardów. Jednak po za tradycyjnym śledzikiem z wódeczką można by w święta spróbować czegoś nowego. Podsuwam więc przepis na przepyszną kaczkę. Idealny pomysł na świąteczny obiad. Mięso jest miękkie i soczyste, a orientalny smak będzie fajną odmianą.
Przepis wielokrotnie przeze mnie sprawdzany, ale lekko zmieniony pochodzi z Kwestii Smaku

Ponieważ Franczesko smak i zapach ryby wychwytuje z odległości 100 km, na wszelki wypadek zamieniłem sos rybny na sos sojowy.
Jednak jeśli lubicie sos powstały z fermentacji ryb w beczkach wystawionych na słońce, aż przejdą w stan płynny... 

2,5 kg kaczki w kawałkach (może być cała po porcjowana lub tylko ulubione części)
4 - 5 ząbków czosnku rozgniecionych
imbir wielkości kciuka obrany i pokrojony na plasterki
5 papryczek chilli w całości
5 - 6 gwiazdek anyżu
2 - 3 trawy cytrynowe lekko zgniecione
3/4 l soku pomarańczowego (najlepiej wyciskanego)
4 łyżki sosu sojowego
1 łyżka cukru
1 łyżeczka mąki
2 pęczki dymki (posiekany szczypior, cebulki pokrojone w plasterki)

W żeliwnym garnku rozgrzać odrobinę oliwy. Obsmażać partiami kawałki kaczki  po kilka minut z obu stron, aż wytopi się tłuszcz i zrumieni skórka. Obsmażone kawałki odkładać na bok. Zlać tłuszcz zostawiając około 2 łyżek. Wrzucić imbir, czosnek, anyż, papryczki, trawę cytrynową i chwilę smażyć. Wlać sok pomarańczowy, sos sojowy, dodać cukier i kaczkę lekko oprószoną mąką. Przyprawić solą i pierzem. Przykryć pozostawiając małą szczelinę, aby para miała ujście, a sos zgęstniał i dusić na małym ogniu około dwóch godzin. Kilka minut przed końcem duszenia dodać cebulki, a podając na stół posypać szczypiorkiem.
Podaję z ryżem, kuskusem lub bagietką.
Smacznego!

piątek, 21 listopada 2014

Vindaloo. Brzmi dziwnie, a smakuje...


Wołowina po burgundzku, łosoś  w cieście francuskim, kurczak po galvestońsku... no ile można? Codziennie na kolacje jadać Takie Rzeczy? Nie, niemożliwe. Nikt by nie dał rady! Bardzo współczuję mojej rodzinie. Więc czasem, kiedy domagają się zamówienia pizzy albo wizyty w McDonaldzie, łaskawie zgadzam się nie gotować.
W innych rodzinach to mają dobrze... Mają pomysły na obiad. Na przykład można zjeść pyszny filet z kurczaka smażony w takim papierku z przyprawami, albo zupę w takim fajnym plastikowym kubku, co to wystarczy zalać wrzątkiem. Niektórzy, podobno, jedzą takie dania ze słoika... nie, nie przywiezione od babci, tylko z supermarketu. A kiedyś to widzieliśmy na własne oczy, rodzinę (zagraniczną!) jedzącą na obiad makaron wymieszany z krojonymi parówkami i keczupem! Echhh... pomarzyć!
Postanowiłem więc zmienić trochę smaki naszych rodzinnych kolacji i odejść od tradycyjnych smaków. Wymyśliłem, że sprawdzę tolerancje rodziny na smaki z drugiej półkuli. Znalazłem coś, co można by porównać z obiadem u Chińczyka... a raczej u Hindusa... Na klatce schodowej rozchodził się zapach jak z azjatyckiego baru. A znalazłem to w książce J. Oliviera "Każdy może gotować" i oczywiście trochę zmieniłem.
Vindaloo należy podobno do najostrzejszych curry i faktycznie kiedy spróbowałem sosu w czasie gotowania trochę mnie zatkało. Papryczki chilli są na porządku dziennym w naszej kuchni, jednak tym razem bałem się że przesadziłem. Na szczęście po ugotowaniu "ogień" osłabł trochę i potrawa jest ostra, ale jadalna. Zawsze można zredukować ilość składników palących (nie tylko chilli, zaznaczam je w przepisie wykrzyknikiem ).

A było to tak:

3 średnie cebule pokrojone w pół plasterki
5 ząbków czosnku pokrojonych w plasterki (!)
1 papryczka chilli, bez pestek, pokrojona w grubszą kostkę (!)
kawałek imbiru wielkości kciuka pokrojonego w plasterki(!)
świeża kolendra
5 pomidorów przekrojonych na 4
olej/oliwa
łyżka masła
1 do 1,5 kg wieprzowiny (u mnie szynka) pokrojonej w kostkę
6 łyżek octu balsamicznego
1 łyżka miodu
jogurt
sos vindaloo:
                               2 ząbki czosnku (!)
                     kawałek imbiru (!)
                     2 suszone papryczki chilli (!)
                                1 łyżeczki mielonej kurkumy
                     3 łyżki oleju
                     2 łyżki koncentratu pomidorowego
                     przyprawy uprażone na patelni:
                                                     1 łyżeczka ziaren pieprzu (!)
                                                     4 goździki
                                                     2 łyżeczki nasion kolendry
                                                     2 łyżeczki nasion kopru włoskiego
                                                     1 łyżeczka nasion kozieradki

Wykonanie sosu.
Uprażone przyprawy zmiksować na proszek, po czym dodać resztę składników i zmiksować na gładką pastę.

W żeliwnym garnku rozgrzałem oliwę i masło. Wrzuciłem cebulę, papryczkę, czosnek, imbir i posiekane same łodyżki kolendry. Smażyłem około 10 minut, aż się zeszkliło. Dodałem mięso i sos. Dokładnie wymieszałem, dodałem pomidory, ocet balsamiczny, miód i około pół litra wody (tak żeby prawie zakrywała mięso). Zgotowałem, zmniejszyłem ogień i gotowałem pod przykryciem prawie godzinę (aż mięso będzie miękkie) mieszając czasem. Na koniec lekko przyprawiłem solą.
Podałem z naturalnym ryżem doprawionym skórką i sokiem lemonki, i z natką kolendry. Dla złagodzenia pikantności można udekorować danie łyżką jogurtu.
Pyszności inne niż zwykle!

piątek, 7 listopada 2014

Szynka pieczona o jakiej nie mogłem nawet marzyć...

Dzisiaj zebrało mi się na wspominki... Powodem jest niedawne Święto Zmarłych. Ale nie będę wspominał zmarłych tylko przypomniało mi się pewne wydarzenie z 1 listopada 1985 roku. Miałem 19 lat, głowę gorącą, a o pieczonej szynce nawet nie marzyłem...
Wybrałem się z kumplem, zapalonym fotografem jak ja, na nocne zdjęcia. W najlepsze tego dnia miejsce, czyli na Powązki Wojskowe. Statywy, obiektywy, kilka ciężko zdobytych rolek filmów i ciepłe ubranie, bo było dość zimno. Przemierzaliśmy cmentarz od bramy coraz bardziej w głąb. Mogiły "zasłużonych" jak tow. Wiesława i podobnych, dalej polegli we wrześniu 39, groby Powstańców... czas mijał, my zapełnialiśmy kolejne rolki filmów. Byliśmy już porządnie przemarznięci i mieliśmy już dość, kiedy dotarliśmy do Kwatery Katyńskiej. Bardzo fotogeniczne miejsce. Dużo zniczy i ludzi, w górze oświetlone liście.
                                                              zdjęcie z 01.11.2011
 Zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć i do domu. Zwinęliśmy sprzęt, statywy pod pachę i najkrótszą drogą do bramy. Najkrótszą drogą była główna aleja... nieoświetlona i wyludniona. Przeszliśmy zaledwie kawałek, gdy pomiędzy nami pojawił się wysoki jegomość chwytając nas pod ręce i oznajmiając: spokojnie! milicja! Taaa... jasne milicja... Albo zbok, ale raczej napad! ...jak na tamte czasy mieliśmy sporo sprzętu. Długo się nie zastanawiając wyrwałem się do przodu, ale zanim zdążyłem zrobić dwa kroki trzymało mnie dwóch kolejnych... ci ledwo wystawali mi nad ramiona, ale za to, albo dzięki temu, bardzo utrudniali mi jakiekolwiek ruchy (torba i statyw pod pachą). Z bocznej alejki wyszli jacyś ludzie. Ja zacząłem krzyczeć, że to napad - oni że złapali złodzieja sprzętu foto... Ludzie przestraszeni czmychnęli w następną alejkę.
Rozdzielono nas z kumplem. Ja z "panami", doszedłem (mówiąc oględnie) do bramy głównej, oni krzycząc, że złapali złodzieja, ja że to napad. Ale byłem głupi i naiwny... Za bramą podeszły do nas dwa patrole mundurowe i zaprowadzili mnie do Nyski... Wtedy dopiero się przestraszyłem.
Na szczęście przewieźli mnie tylko kawałek i trafiłem do budynku zarządu cmentarza. Panowie pomimo mojego nalegania nie wylegitymowali się, natomiast zrobili się bardzo agresywni.
Zdjęć zrobionych tego wieczoru nikt nigdy nie zobaczy... wszystkie filmy zostały zaświetlone. Było sporo straszenia, krzyków, szarpania i głupich pytań. Skończyło się nagle, tak jak się zaczęło... Ostatnio przyszło mi do głowy, że mogę dowiedzieć się więcej o tym wydarzeniu. Muszę się tym zająć...
Ale wróćmy do wspomnianej na początku szynki!
Musimy upolować piękny plaster szynki. Udało mi się trafić taki "cięty po całości" z kostką (około 1,5 kg). Kostka dodaje smaczku.


Myjemy, osuszamy. Nacieramy ziołami (tymianek, szałwia) i pieprzem grubo mielonym.
Podlewamy porterem i wstawiamy do lodówki.
 Najlepiej na noc, a jak nie to chociaż na godzinę.
Nacinamy brzegi czyli skórę, żeby nie zrobił się nam kubełek.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 st. C i pieczemy około 1,5 godziny.
Mięso jest miękkie i soczyste, pasuje do niego bagietka, pieczone ziemniaki albo ryż. Co kto lubi.

Smacznego!

czwartek, 2 października 2014

Papryka marynowana w occie winnym z rozmarynem

Czas przetwarzania trwa. Moją metodą dla leniwych przetworzyłem już 10 kg śliwek na powidła. Około 6 kg śliwek wylądowało w słoikach z płatkami migdałów zalane czerwonym winem. Wyprodukowałem 5 albo 6 blach ciasta ze śliwkami (przepis jak powyżej). Trochę zjedliśmy, trochę rozczęstowaliśmy. 35 kg śliwek przetworzone!
Ale to nie wszystko! O truskawkach i czarnej porzeczce nie będę tu wspominał, bo to było daaawno temu... jeszcze latem.
Było jeszcze pięć litrowych słoików z ratatouille, które wyszły mi zamiast leczo, no i oczywiście papryka!
Marynowana czerwona papryka... takie mięsiste, grube płaty w aromatycznej, ostrawej zalewie... No pyszności, ale nigdy wcześniej sam nie robiłem. Zawsze albo z prezentów albo ze sklepu. Zacząłem szukać w sieci przepisów. "Durszlak" i "Mikser" rozgrzane do czerwoności, niektórym blogerom UU podbiłem tak, że teraz reklamodawcy walą do nich drzwiami i oknami (podbije to ceny wpisów sponsorowanych!). Niestety nic nie wybrałem. Przepisy bardzo fajne, ale wszyscy, z uporem godnym lepszej sprawy, postanowili pasteryzować słoiki... Jak dla mnie, jest to zajęcie do bólu upierdliwe. Nie cierpię pasteryzować, ani w piekarniku, ani we wrzątku. W końcu olśniło mnie i przypomniałem sobie, że kiedyś, kiedyś robiłem ostre papryczki z zalewie octowej. Co prawda też były pasteryzowane, ale wprowadziłem pewne zmiany.
Słodka papryka marynowana w aromatycznej zalewie octowo - rozmarynowej.
4 kg słodkiej mięsistej papryki

3 litry wody
750 ml octu winnego (użyłem octu z cydru)
6 łyżek cukru
1 łyżeczka soli

+do każdego słoika :
po kilka ziaren ziela, pieprzu, gorczycy
listek laurowy
gałązka rozmarynu
2 łyżki oliwy extra virgin  

Paprykę umyć, pokroić w duże paski lub duże "kwadraty" usuwając gniazda nasienne.

 Wodę, ocet, cukier i sól zagotować i rozpuścić. Dodać kilka ziaren przypraw, listek, gałązkę rozmarynu i gotować jeszcze chwilę.

Dodać paprykę. Poczekać aż zacznie wrzeć i gotować jeszcze 3 minuty. Załadować do czystych słoiczków (kiedyś gotowałem teraz przepuszczam przez zmywarkę) w których wcześniej trzeba umieścić przyprawy i oliwę. Zalać gorącym octem z garnka, wytrzeć górną krawędź słoików i szczelnie zamknąć. Odwrócić i wystudzić.

Po tygodniu otworzyłem jeden słoik i spróbowaliśmy nowego patentu... Papryki są jędrne, delikatnie pikantne i intensywnie rozmarynowe.

wtorek, 16 września 2014

Późnoletnie tarty... z kurkami i z figami

Lato jeszcze trwa i będę się tego trzymał! O jesieni jeszcze nie chce słyszeć i nawet jak się już zacznie, nie przyjmę tego do wiadomości. Tej następnej pory roku po jesieni nie chcę nawet wymieniać z nazwy... brrrr! Na samą myśl przechodzą mi zimne dreszcze. Jest zakaz używania! To się chyba nazywa wyparcie, albo cóś... To tak jak moje dzieci zabraniają w czasie wakacji wymawiać w jakimkolwiek kontekście i przypadku słowa "szkoła".
Tak, więc to są tarty późnoletnie i już.

Tarty są fajne, bo można na nie wrzucić co się komu podoba i szybko się je robi ( i zjada ! ).
Spodem tarty u mnie zawsze jest gotowe ciasto francuskie. Szkoda czasu na wyważanie otwartych drzwi. Kiedyś piekłem je najpierw obciążone grochem, po czym zdejmowałem groch i dopiekałem bez obciążenia. W efekcie końcowym brzegi zaczynały się przypalać (bo jeszcze piekły się ze składnikami tarty).
Teraz nakłuwam ciasto widelcem i wstawiam do gorącego piekarnika. Kiedy widzę, że robi się wielka poducha, wyjmuję z piekarnika i nakłuwam żeby ciasto opadło i wstawiam znów. Czasem wystarczą dwa razy, czasem trzy. Później wystarczy ułożyć na wierzchu kilka pyszności, polać śmietaną roztrzepaną z dwoma jajkami, startą szczyptą gałki i przyprawami do smaku.

Prawie zawsze jednym ze składników jest u mnie podsmażony wędzony boczek. Pasuje i do szparagów, i do fig.
A inne składniki...
Dzisiaj proponuję tarte z figami i tarte z kurkami.

Tarta z figami.
Na podpieczonym cieście francuskim układam kawałki jakiegoś "bluserka" (gorgonzola jest najpyszniejsza, ale lazur też pasuje), boczek, mogą być orzechy włoskie. Zalewam je śmietaną z jajkami i wciskam figi.

Tarta z kurkami.
Kurki około 30 dkg, po oczyszczeniu i ewentualnym lekkim rozdrobnieniu ( jeżeli są bardzo duże) podsmażam  na oliwie z jedną posiekaną cebulą. Nie za długo, żeby cebula tylko się zeszkliła. Na podpieczonym cieście rozkładam kurki z cebulą, boczek, porwaną na kawałki mozzarellę lub po "kupce" ricotty. Zalewam śmietaną z jajkami i dodatkowo z posiekaną natką pietruszki.

Tarty piekę w 180 st. C około pół godziny.
Tarte z figami można udekorować natką lub rukolą i np. polać kremem na bazie octu balsamicznego.
I aby do wiosny... Będzie znów można robić tarty ze szparagami!!

środa, 27 sierpnia 2014

Polenta niestandardowo... nasza chorwacka przekąska

Jak widać wakacje postanowiły zakończyć się taką pogodą, żeby nie było nam przykro... No, cóż? Jest to jakiś sposób.
Jednak wakacyjnymi smakami będziemy mogli delektować się dopóki wystarczy nam fantazji.
W tym roku całorodzinny urlop spędziliśmy znów w Chorwacji i to w miejscu, w którym byliśmy w zeszłym roku. Miejsce i wszystkie jego zalety szczegółowo wyłożyłem TU przed rokiem, więc nie będę się dublował. Ponieważ były osoby zainteresowane kontaktem podaję adres do Loredany naszej wspaniałej gospodyni i do strony rodzinnego biznesu MARCETA . Jak będziecie pisać do Loredany prześlijcie pozdrowienia od Robiego ;)
Nasza gospodyni też lubi dobre jedzenie i nowe przepisy, więc czasem częstowaliśmy się wzajemnie swoimi produkcjami. Uważam, że szczytem zuchwałości było podarowanie Loredanie słoika ajvaru wyprodukowanego nad Wisłą. Podobno bardzo im smakował...
W tym roku częstowałem Chorwatów polentą, czyli znów drobne zuchwalstwo, bo to bardziej ich potrawa niż nasza :)
A jeżeli Wam zaproponuję polentę ?
Polenta jest naszym wypróbowanym wielokrotnie sposobem na wakacyjną przekąskę w ciągu dnia lub jako dodatek do dania głównego. W Chorwacji dostępna jest w każdym sklepiku spożywczym. Można ją przygotować wcześniej (2 godziny lub 2 dni) i wykorzystać w ulubiony sposób w potrzebie.
Polentę standardowo spożywa się jako papkę pacniętą na talerz. Coś w stylu bardzo rozwodnionego purée ziemniaczanego ze stołówki PRLowskiej. Ble! Ale można zrobić ją tak...

Przepis na polentę jest na każdym opakowaniu, ale... po Chorwacku! Moja propozycja brzmi tak:
1 szklanka polenty na 3 szklanki wody czyli 1:3
Gotujemy 3 szklanki wody, solimy i dodajemy 1/2 - 1 łyżeczki rozmarynu, oraz łyżkę oliwy i trochę pieprzu. Wsypujemy polentę i gotujemy 2 minuty cały czas mieszając uważając na pryskającą paćkę. Gorąca do bólu!
Zdejmujemy z ognia i trochę studzimy. Rozsmarujemy na desce lub innej płaskiej powierzchni wygładzając jak się da z wierzchu. Ostatnio wpakowałem ją do torebki po tackach grillowych...

I zostawiamy do całkowitego ostygnięcia. Potem kroimy na trójkąty lub paski.


No to mamy bazę.
Teraz możemy: wrzucić na głęboki olej, opiec w piekarniku, grillować lub zjeść na zimno. Inwencja należy do Was!

piątek, 11 lipca 2014

Chłodnik na wakacje "jeśli wiesz o czym ja mówię..."

Końcówka roku szkolnego jak zwykle była bardzo intensywna i nie obyło się bez zadyszki. Na szczęście skończyło się dobrze łamane przez bardzo dobrze i mamy wymarzone, wyczekane WAKACJE!
Dzieci rozesłane na przeciwległe krańce Polski. Remoncik u Basi już na finiszu. Do rodzinnego wyjazdu jeszcze troszkę zostało, więc... czas pomyśleć o sobie, póki nie ma z powrotem dzieci :)
Jak śpiewa KULT "gdy nie ma dzieci w domu - to jesteśmy niegrzeczni..."
A kiedy już ból głowy troszkę zelży, trzeba coś zjeść. Gotować się nie chce i przydałby się jakiś prosty, szybki przepis...
No i właśnie w tym momencie wpada do Was Gotowyprawienawszystko z chłodnikiem na kefirze!


Przepis jest wypadkową różnych chłodników zjedzonych na przestrzeni kilkudziesięciu lat :)

1 pęczek botwinki (mój miał dużo liści mało buraczków więc użyłem buraczki z dwóch pęczków)
3 duże kubki kefiru
1 pęczek rzodkiewki
2 - 3 ogórki bardzo małosolne
3 ząbki czosnku
1 pęczek koperku
1 pęczek szczypiorku
pieprz i sól do smaku
2 -3 jajka na twardo

Buraczki kroję w drobną kostkę i wrzucam do niewielkiej ilości wrzątku. Kroję jak najdrobniej łodygi i dorzucam do gotujących się buraczków. Liście kroję w cieniutkie paseczki, wrzucam do buraczków i wyłączam pod nimi ogień. Mieszam chwilę i odcedzam. Odstawiam do przestygnięcia, a w tym czasie siekam szczypiorek i koperek, ogórki i czosnek masakruję w malakserze na miazgę, a rzodkiewkę na kostkę. Teraz wystarczy wszystko dodać do buraczków, zalać kefirem i przyprawić. Chłodnik, jak nazwa wskazuje należy wstawić do lodówki (ja nie mogłem się do czekać i wsadziłem go na 20 minut do zamrażalnika).
Podaję z połówkami jajka.

Naprawdę dobre na "dzień po" ...  sprawdziłem!  ;)
A dzisiaj piąteczek, jutro jak znalazł!

poniedziałek, 19 maja 2014

Tarta ze szparagami, boczkiem i gorgonzolą czyli szparagi 2014


O szparagach pisałem już tyle razy, że w tym roku staram się nie zanudzać Was tym tematem. Nie piszę o nich, ale jemy je teraz prawie codziennie. Najczęściej przyrządzam je z boczkiem lub z sosem musztardowym, ale czasem wymyślam coś innego dla urozmaicenia...
Pomysł na tą tartę powstał w pięć minut na bazie tego co miałem w lodówce. Musiałem tylko wyskoczyć do sklepu po ciasto francuskie.

1 opakowanie ciasta francuskiego
1 jajko
1 mała śmietana
szczypta gałki muszkatołowej
pieprz i sól
1 pęczek cienkich zielonych szparagów
1 opakowanie wędzonego boczku w plasterkach lub szynki parmeńskiej
1/2 opakowania gorgonzoli

Ciasto rozłożyłem na papierze do pieczenia i zawinąłem lekko boki. Ponakłuwałem widelcem i wstawiłem do piekarnika rozgrzanego do 180 st. C na kilka minut. Ze śmietany, jajka i przypraw przygotowałem "bazę każdej tarty" mieszając je trzepaczką. Kiedy ciasto w piekarniku rozwarstwiło się i "napęczniało", wyjąłem, jeszcze raz nakłułem i wstawiłem jeszcze na 2 minuty. Dalej to już łatwizna...
Ułożyłem szparagi dość rzadko, przykryłem plasterkami boczku i dołożyłem resztę szparagów. Chodziło mi o to, aby boczek przeplatał się po między szparagami. Pokruszyłem na nie ser i zalałem śmietaną z jajkiem.
Piekłem około 20 minut w 180 st. C.
To jest moja propozycja, ale składniki i proporcje można zmieniać wedle własnych upodobań.
Podałem z chłodnym białym winem. Smacznego!

czwartek, 15 maja 2014

Pikantne krewetki w białym winie... z patelni

Pikantne krewetki są bardziej letnim przepisem niż wiosennym, ale stali czytelnicy mojego skromnego bloga chyba już się przyzwyczaili, że lubię trochę wybiegać w przód...
Wiosna w tym roku ( i nie tylko w tym ) za bardzo nas nie rozpieszcza, więc uciekam już w letnie klimaty. Ostatni nasz wyjazd  na nawieś tak mnie zmroził, że jestem chwilowo w temacie wakacji :)
Według chorwackiej nomenklatury to są kozice (krewetki) na buzaru, w odróżnieniu od krewetek z grilla czyli "na żaru".
Proponowaną przeze mnie marynatę można wykorzystać w obydwu metodach.
1/2 kg surowych krewetek z ogonkiem
3 - 4 świeże papryczki chilli bez pestek, grubo pokrojone
3 - 4 ząbki czosnku grubo pokrojone
1 łyżka oliwy
białe wino
spora garść posiekanej natki pietruszki

Krewetki zalewam winem, dodaję papryczki i czosnek. Odstawiam przynajmniej na godzinę do lodówki. Na rozgrzaną patelnie z oliwą wrzucam krewetki, papryczki, czosnek z marynaty i wlewam około pół szklanki marynaty. Gotuję na patelni bez przykrycia aż krewetki zmienią kolor na różowy (kilka minut). W razie potrzeby dolewam marynaty, tak aby cały czas krewetki miały trochę płynu na patelni. Na minutę przed końcem dodaję natkę.
Podaję z cytryną, bagietką i np. ratatouille. Z kieliszkiem chardonnay... bajka!

środa, 7 maja 2014

Jogurtowe kuleczki


Tradycyjnie w maju otwieramy sezon na "nawsi". Tradycyjnie na otwarciu muszą być obecne kuleczki jogurtowe. Niestety, również staje się tradycją, że z majówki wracamy przemarznięci i przemoczeni... Na szczęście wcześniej przywiozłem bagażnik drewna, tak z 1/2 m3 ... prawie wszystko poszło! W domku było cieplutko, ale stanie przy grillu nie było fajne.

Za to goście jak zwykle dopisują:)
w tym roku najważniejszym z nich była roczna Helena, wnuczka bardzo młodych dziadków - naszych przyjaciół.

W czasie spacerów podziwialiśmy otaczające nas piękne o tej porze roku sady. Plantatorzy dbają w nich o zdrowie  owoców, które już jesienią trafią na nasze stoły...

Kuleczki jogurtowe, zwane przez nas też serkami jogurtowymi pochodzą z kuchni arabskiej. Bazą jest ser powstały po odsączeniu gęstego jogurtu - labneh. Kuleczki od dawna są naszym ulubionym dodatkiem do grillowanego białego pieczywa i wspominałem o nich w jednym z pierwszych wpisów na blogu. Jednak od tamtej pory nasze kuleczki trochę się zmieniły. "Korzenie" cały czas mają arabskie, ale to już są nasze gutkowe kuleczki :)

Ser
3 duże gęste jogurty
3/4 łyżeczki grubej soli morskiej
1/2 łyżeczki ostrej mielonej papryki
1/2 łyżeczki grubo mielonego pieprzu

Marynata
Oliwa extra
Zioła, świeże/suszone (tymianek, rozmaryn...) na bogato
Czosnek, kilka obranych ząbków
Papryczki chilli pokrojone w paski/płatki suszone

Jogurt mieszam z przyprawami i wieszam w gazie. Jeżeli jogurt jest bardzo gęsty już po kilku godzinach jest odciśnięty. Najlepiej jednak zostawić go na całą noc.
Z sera robię kuleczki wielkości orzecha włoskiego, układam w słoiku z oliwą przekładając czosnkiem, papryczkami i ziołami.
Przygotowane w ten sposób już po kilku dniach nadają się do jedzenia.

W niedziele pogoda pozwoliła nawet na małą sesje zdjęciową. :)
(C) Franciszek

wtorek, 25 marca 2014

Udka kurczaka z czosnkiem i cytryną... zamiast schabowego!

Byłem wczoraj "na nawsi"... Wszystko wygląda jeszcze baaardzo smutno, więc nie chcę Was zasmucać tym widokiem... Ale ja bardzo się cieszyłem, że tam jestem i widziałem to już tak:
Po powrocie do domu miałem mało czasu, żeby przygotować "obiado-kolację"... Pierwsza myśl to, że kupię kawałek schabu i zrobię kotlety. Najszybciej i najprościej, no i pewniak: wszystkim smakuje. Jednak w konfrontacji z obrazami lata i wakacyjnych klimatów... jakoś mi to nie grało... Szybka lektura kuchennej biblioteczki i padło na udka kurczaka cytrynowo - czosnkowe.
W przepisie z książki "Kuchnia śródziemnomorska" wykorzystane są tylko udka, ja użyłem udek i podudzi (pałek).

600 ml rosołu drobiowego
20 dużych ząbków czosnków
2 łyżki masła
1 łyżka oliwy
5 udek i 5 podudzi kurczaka
2 cytryny obrane grubo ze skóry (razem z białym) i pokrojona na cienkie plasterki
2 łyżki mąki
2/3 szklanki białego wytrawnego wina
sól i pieprz do smaku
natka pietruszki lub bazylia do przybrania
Rosołem zalać czosnek i gotować około 30 minut. Na patelni rozgrzać oliwę i masło, i obsmażyć kurczaka.
W żaroodpornym naczyniu ułożyć kurczaka, czosnek i plastry cytryny. Do tłuszczu na patelni dodać mąkę i mieszać przez minutę. Wlać wino wymieszać i dodać rosół w którym gotował się czosnek. Gotować, aż sos zgęstnieje. Doprawić solą i pieprzem. Sosem polać kurczaka i zapiekać 45 minut w 190 st. C.

Posypać natką i podawać z pieczonymi ziemniakami lub z ryżem i sałatą.

czwartek, 20 marca 2014

Łosoś zapiekany pod mozzarellą...

No i stało się... Szukałem jakiegoś zdjęcia i trafiłem na folder z ubiegłorocznych wakacji... Teraz już się ode mnie nie odczepią!
Trochę zaczynam mieć dosyć tego lodowatego wiatru i chętnie ponarzekałbym na upał...


Zaczęło mi brakować tego południowego klimatu...


A najbardziej tamtejszych smaków.
Warzyw i owoców prosto z targu.
Wina prosto z piwniczki, no i rybki. Prosto z mojego ulubionego bazaru rybnego...

Dlatego dzisiaj zapodam łososia zapiekanego pod mozzarellą.
Przepis jest bardzo prosty (jak zawsze) a efekt powalający!
Kawałki filetów łososia bez skóry i ości smaruję oliwą, doprawiam solą i pieprzem. Układam w naczyniu/naczyniach żaroodpornych.

Przykrywam kawałkami porwanej mozzarelli.

Nakładam warstwę kwaśnej śmietany.

Na śmietanie układam paski papryczki chilli, otartą skórkę z cytryny, kawałki listków bazylii i skrapiam oliwą.

Piekę około 20 minut w temperaturze 220 st. C.

Podane z chrupiącym pieczywem i kieliszkiem białego zimnego wina może przenieść chociaż na chwilę w wakacyjne klimaty.

P.S.
Wiem, że łosoś jest mało południowy, więc można go wymienić na coś śródziemnomorskiego, ale w naszych warunkach... Sorry taki mamy klimat...

A to bonus wprowadzający najlepiej w Chorwackie klimaty:
(dźwięk na max !)
Upsss! Troszkę jakość obrazu poleciała...