piątek, 21 listopada 2014

Vindaloo. Brzmi dziwnie, a smakuje...


Wołowina po burgundzku, łosoś  w cieście francuskim, kurczak po galvestońsku... no ile można? Codziennie na kolacje jadać Takie Rzeczy? Nie, niemożliwe. Nikt by nie dał rady! Bardzo współczuję mojej rodzinie. Więc czasem, kiedy domagają się zamówienia pizzy albo wizyty w McDonaldzie, łaskawie zgadzam się nie gotować.
W innych rodzinach to mają dobrze... Mają pomysły na obiad. Na przykład można zjeść pyszny filet z kurczaka smażony w takim papierku z przyprawami, albo zupę w takim fajnym plastikowym kubku, co to wystarczy zalać wrzątkiem. Niektórzy, podobno, jedzą takie dania ze słoika... nie, nie przywiezione od babci, tylko z supermarketu. A kiedyś to widzieliśmy na własne oczy, rodzinę (zagraniczną!) jedzącą na obiad makaron wymieszany z krojonymi parówkami i keczupem! Echhh... pomarzyć!
Postanowiłem więc zmienić trochę smaki naszych rodzinnych kolacji i odejść od tradycyjnych smaków. Wymyśliłem, że sprawdzę tolerancje rodziny na smaki z drugiej półkuli. Znalazłem coś, co można by porównać z obiadem u Chińczyka... a raczej u Hindusa... Na klatce schodowej rozchodził się zapach jak z azjatyckiego baru. A znalazłem to w książce J. Oliviera "Każdy może gotować" i oczywiście trochę zmieniłem.
Vindaloo należy podobno do najostrzejszych curry i faktycznie kiedy spróbowałem sosu w czasie gotowania trochę mnie zatkało. Papryczki chilli są na porządku dziennym w naszej kuchni, jednak tym razem bałem się że przesadziłem. Na szczęście po ugotowaniu "ogień" osłabł trochę i potrawa jest ostra, ale jadalna. Zawsze można zredukować ilość składników palących (nie tylko chilli, zaznaczam je w przepisie wykrzyknikiem ).

A było to tak:

3 średnie cebule pokrojone w pół plasterki
5 ząbków czosnku pokrojonych w plasterki (!)
1 papryczka chilli, bez pestek, pokrojona w grubszą kostkę (!)
kawałek imbiru wielkości kciuka pokrojonego w plasterki(!)
świeża kolendra
5 pomidorów przekrojonych na 4
olej/oliwa
łyżka masła
1 do 1,5 kg wieprzowiny (u mnie szynka) pokrojonej w kostkę
6 łyżek octu balsamicznego
1 łyżka miodu
jogurt
sos vindaloo:
                               2 ząbki czosnku (!)
                     kawałek imbiru (!)
                     2 suszone papryczki chilli (!)
                                1 łyżeczki mielonej kurkumy
                     3 łyżki oleju
                     2 łyżki koncentratu pomidorowego
                     przyprawy uprażone na patelni:
                                                     1 łyżeczka ziaren pieprzu (!)
                                                     4 goździki
                                                     2 łyżeczki nasion kolendry
                                                     2 łyżeczki nasion kopru włoskiego
                                                     1 łyżeczka nasion kozieradki

Wykonanie sosu.
Uprażone przyprawy zmiksować na proszek, po czym dodać resztę składników i zmiksować na gładką pastę.

W żeliwnym garnku rozgrzałem oliwę i masło. Wrzuciłem cebulę, papryczkę, czosnek, imbir i posiekane same łodyżki kolendry. Smażyłem około 10 minut, aż się zeszkliło. Dodałem mięso i sos. Dokładnie wymieszałem, dodałem pomidory, ocet balsamiczny, miód i około pół litra wody (tak żeby prawie zakrywała mięso). Zgotowałem, zmniejszyłem ogień i gotowałem pod przykryciem prawie godzinę (aż mięso będzie miękkie) mieszając czasem. Na koniec lekko przyprawiłem solą.
Podałem z naturalnym ryżem doprawionym skórką i sokiem lemonki, i z natką kolendry. Dla złagodzenia pikantności można udekorować danie łyżką jogurtu.
Pyszności inne niż zwykle!

piątek, 7 listopada 2014

Szynka pieczona o jakiej nie mogłem nawet marzyć...

Dzisiaj zebrało mi się na wspominki... Powodem jest niedawne Święto Zmarłych. Ale nie będę wspominał zmarłych tylko przypomniało mi się pewne wydarzenie z 1 listopada 1985 roku. Miałem 19 lat, głowę gorącą, a o pieczonej szynce nawet nie marzyłem...
Wybrałem się z kumplem, zapalonym fotografem jak ja, na nocne zdjęcia. W najlepsze tego dnia miejsce, czyli na Powązki Wojskowe. Statywy, obiektywy, kilka ciężko zdobytych rolek filmów i ciepłe ubranie, bo było dość zimno. Przemierzaliśmy cmentarz od bramy coraz bardziej w głąb. Mogiły "zasłużonych" jak tow. Wiesława i podobnych, dalej polegli we wrześniu 39, groby Powstańców... czas mijał, my zapełnialiśmy kolejne rolki filmów. Byliśmy już porządnie przemarznięci i mieliśmy już dość, kiedy dotarliśmy do Kwatery Katyńskiej. Bardzo fotogeniczne miejsce. Dużo zniczy i ludzi, w górze oświetlone liście.
                                                              zdjęcie z 01.11.2011
 Zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć i do domu. Zwinęliśmy sprzęt, statywy pod pachę i najkrótszą drogą do bramy. Najkrótszą drogą była główna aleja... nieoświetlona i wyludniona. Przeszliśmy zaledwie kawałek, gdy pomiędzy nami pojawił się wysoki jegomość chwytając nas pod ręce i oznajmiając: spokojnie! milicja! Taaa... jasne milicja... Albo zbok, ale raczej napad! ...jak na tamte czasy mieliśmy sporo sprzętu. Długo się nie zastanawiając wyrwałem się do przodu, ale zanim zdążyłem zrobić dwa kroki trzymało mnie dwóch kolejnych... ci ledwo wystawali mi nad ramiona, ale za to, albo dzięki temu, bardzo utrudniali mi jakiekolwiek ruchy (torba i statyw pod pachą). Z bocznej alejki wyszli jacyś ludzie. Ja zacząłem krzyczeć, że to napad - oni że złapali złodzieja sprzętu foto... Ludzie przestraszeni czmychnęli w następną alejkę.
Rozdzielono nas z kumplem. Ja z "panami", doszedłem (mówiąc oględnie) do bramy głównej, oni krzycząc, że złapali złodzieja, ja że to napad. Ale byłem głupi i naiwny... Za bramą podeszły do nas dwa patrole mundurowe i zaprowadzili mnie do Nyski... Wtedy dopiero się przestraszyłem.
Na szczęście przewieźli mnie tylko kawałek i trafiłem do budynku zarządu cmentarza. Panowie pomimo mojego nalegania nie wylegitymowali się, natomiast zrobili się bardzo agresywni.
Zdjęć zrobionych tego wieczoru nikt nigdy nie zobaczy... wszystkie filmy zostały zaświetlone. Było sporo straszenia, krzyków, szarpania i głupich pytań. Skończyło się nagle, tak jak się zaczęło... Ostatnio przyszło mi do głowy, że mogę dowiedzieć się więcej o tym wydarzeniu. Muszę się tym zająć...
Ale wróćmy do wspomnianej na początku szynki!
Musimy upolować piękny plaster szynki. Udało mi się trafić taki "cięty po całości" z kostką (około 1,5 kg). Kostka dodaje smaczku.


Myjemy, osuszamy. Nacieramy ziołami (tymianek, szałwia) i pieprzem grubo mielonym.
Podlewamy porterem i wstawiamy do lodówki.
 Najlepiej na noc, a jak nie to chociaż na godzinę.
Nacinamy brzegi czyli skórę, żeby nie zrobił się nam kubełek.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 st. C i pieczemy około godziny.
Mięso jest miękkie i soczyste, pasuje do niego bagietka, pieczone ziemniaki albo ryż. Co kto lubi.

Smacznego!