poniedziałek, 30 maja 2011

Midi tarty... jest niebawem!

W marcu, po szpitalu, wspomniałem, że robiłem midi tarty i niebawem o nich napiszę... Ta daaaa! Dzisiaj jest niebawem! A zawsze zastanawiałem się kiedy to jest "niebawem" lub ewentualnie "niedługo"... Wypisują mnie ze szpitala i mówią: "niedługo wszystko wróci do normy..." Kurde, strasznie długie to "niedługo"!!! Albo może wróciło, tylko ja przegapiłem i poszło dalej...
To ja już wolę moje (i naszych dzieci niestety też!) ulubione ZARAZ! Jak mówię: ZARAZ przyjdę, to powszechnie wiadomo, że nie należy się mnie spodziewać zbyt szybko. Mam to od urodzenia i przekazałem następnemu pokoleniu, ku rozpaczy Tęczy! Mnie też krew zalewa kiedy słyszę z Basi pokoju: ZARAZ! Ale przypominam sobie po kim to ma i mi przechodzi :), Moja babcia zawsze mówiła: "twoje zaraz, to jak żydowskie poczekaj!". Coś w tym jest! ;)
No jakby mi lekarz powiedział, że zaraz będzie wszystko super, to wiedziałbym o co facetowi chodzi, a tak... Wkurza mnie to straszliwie! Niby wszystko okej, ale żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce, to byłoby okej!
Midi tarty robiłem w marcu i zostały wówczas (fajne słowo a'propos zaraz) troszkę ofotografowane. Troszkę, bo głodna rodzina nie dała mi się wyżyć fotograficznie wyrywając tarty z przed obiektywu. Kiedy, więc dzisiaj postanowiłem, że już jest "niebawem", zrobiłem jeszcze jedną tartkę i chciałem ją utrwalić w postaci jpegu. Okazało się ... wówczas (kurde! fajne to wówczas!), że mój aparat jest w serwisie! (nic strasznego - odpadło lustro... :-)). Wydobyłem więc... natenczas (ale fajnie!) aparat kieszonkowy firmy wszystkoprodukującej i pstryknąłem moją tartkę...
Tak, więc dzisiejszy wpis jest bardzo upośledzony fotograficznie, za co przepraszam i obiecuję, że ZARAZ się poprawię...
A tarty robiłem tak:
Gotowe ciasto francuskie podzieliłem na cztery prostokąty. Ułożyłem je na papierze do pieczenia, zawinąłem brzegi, po nakłuwałem widelcem, i na kilka minut do piecyka. Kiedy się zrumieniły i urosły, znów je potraktowałem widelcem, żeby opadły. Ponieważ Basia nie jada szpinaku, a Tęcza bardzo lubi szpinak (ja też), a Franek to lubi najbardziej mambę cocacolową... i szpinaku ani szparagów nie tknie, za to lubi pizze z szynką i pieczarkami... Nie da się zrobić jednej tarty dla całej rodziny i prawie każda tarta jest inna.
Pierwsza dla Franciszka. Ponieważ kiedy usłyszał, że będzie miał jeść coś o nazwie tarta, minę miał nie tęgą... pospieszyłem z wyjaśnieniami, że to francuska kuzynka pizzy... kiedy się okazało, że będzie z szynką i pieczarkami, pojawił się uśmiech. Czyli: na spód dwie łyżki "bazy tartowej" (opakowanie śmietany rozbełtanej z dwoma jajkami, przyprawionej startą gałką muszkatołową, solą i pieprzem), szynka, zrumieniony boczek, pieczarki, kawałki mozzarelli.
Dla Basi: "baza", boczek, pieczarki, kilka kawałków camemberta, pomidor.
Dorosłe: "baza", szpinak (uduszony z czosnkiem i odrobiną gałki), boczek, pomidory.
Wersja dzisiejsza, dla Tęczy, Basi i dla mnie: "baza", boczek, szparagi (obgotowane 3 minuty), mozzarella, pomidory.
Później wystarczy zapiekać przez jakieś 20 - 30 minut.

Przerwy we wpisach ostatnio trochę mi się wydłużyły, ale proszę o wyrozumiałość... mam nadzieję, że to przejściowe kłopoty i ZARAZ coś znów napiszę... ;)))

poniedziałek, 9 maja 2011

Lasagne...

Po naszemu lazanie lub lazania... kupa z nią (nim?) roboty, ale efekt... może być różny :)
Języki obce to podstawa. Bez nich dzisiaj ma się przerąbane (coś o tym wiem :(... ) Basia w marcu zmieniła szkołę. Powody były różne, ale mniejsza o to. Od września, w "starej" szkole jako drugi język miała francuski, w nowej jest niemiecki... Po, chyba tygodniu, była kartkówka z niemieckiego i Basia dostała... 5. No cóż, powiedziałbym, że po czempionach, więc nie ma się co dziwić... Tylko, że żaden z czempionów niemieckiego nie zna. Dziwna sprawa! Mnie to nawet próbowano nauczyć niemieckiego, ale się nie dałem. Ja, należę do pokolenia "czterech pancernych" i jedyne co umiem (po za Hände hoch!!! z filmu) to dość praktyczne zdanie ze szkoły: Es tut mir leid, aber wir haben shon gegesen! Podobno oznacza. że jest mi przykro, ale my już jedliśmy kolację... Kiedy, więc szykuję kolację, a Basia wychodzi np z psem, to uprzedzam ją, że jak wróci zbyt późno, to usłyszy ode mnie coś po niemiecku. A Basia bardzo lubi moje lazanie. Straszne!
Lazanie pochodzi z książki "Włoska wyprawa Jamiego", oczywiście trochę uproszczona...
Mięso ok. 600 g , drobno po siekane lub grubo mielone (wołowe) duszę na patelni, dodaję 4 ząbki rozgniecionego czosnku, gałązkę rozmarynu i ze 4 liście laurowe. Chwilę smażę i dodaję 3 puszki pomidorów. Duszę to około 20 minut i wyjmuję liście i rozmaryn. Robię ciasto makaronowe z 400 g mąki i 4 jajek, i rozwałkowuję jak najcieniej mi się uda, ale żeby miało około 50 x 40 cm.
Beszamel robię gotując mleko (1 l.) z jedną małą cebulą pokrojoną na plasterki, startą 1/2 gałki, łyżką siekanej natki, i odrobiną pieprzu. W drugim garnku rozpuszczam 100 g masła, wsypuję ok. 80 g mąki, energicznie mieszając. Potem najtrudniejsze, wlewam mleko do zasmażki mocno mieszając. Po kilku minutach gotowania (uwaga chlapie!) zdejmuję z ognia i dodaję pół szklanki tartego parmezanu oczywista mieszając.
Ciasto makaronowe gotuję w całości kilka minut.
Wysmarowane masłem naczynie wykładam ciastem tak, że brzegi wystają na zewnątrz. Układam wewnątrz warstwę sosu mięsnego, warstwę beszamelu i warstwę sosu mięsnego. Zawijam końce ciasta, smaruję beszamelem, posypuję parmezanem, porwaną mozzarellą z listkami bazylii i polewam lekutko oliwą.
Zapiekam ok. 45 minut  w piekarniku w 180 st. C.
No to GUTEN APETIT! (albo jakoś tak...), ale przy lazanii powinno być chyba BUON APPETITO! (?)