czwartek, 24 marca 2011

Cukinie nadziewane... i szpitalne jedzenie.

Cukinie faszerowane były u nas na kolację przed wczoraj,
wczoraj midi tarty (na blogu niebawem...) Dzisiaj Basia po powrocie ze szkoły zapytała (jak prawie zawsze)
-Tato! co dzisiaj na kolację?
-Kurczak!
Basia wychynęła ze swojego pokoju z przerażoną miną.
-Jak to?! Taki zwykły?!!!
Załamałem się...
Chyba muszę wyszukać jakiegoś przepisu według którego gotują dla chorych w szpitalach i zaserwować moim dzieciom.
Tak się złożyło, że w ubiegłym tygodniu stołowałem się chwilowo jako pacjent w takiej placówce. (Tak, tak byłem w szpitalu, ale udało mi się wyjść o własnych, jeszcze słabych, siłach. Goję się i wracam do sił. A czy na pewno wszystko ok, dowiem się po niedzieli.) I to, co tam serwują, można zjeść pod warunkiem, że jest się (tak ja byłem) po dwóch dniach na kroplówce (dzień przed operacją i dzień po). No bo, jeśli ktoś może poruszać się o własnych siłach, to poleci do bufetu i kupi sobie chociażby bułkę i pasztecik podlaski, żeby tylko nie spożywać "jedzenia" szpitalnego. Na szczęście byłem tam tylko trochę ponad cztery doby.
Tuż przed tym incydentem zdrowotno-kulinarnym, kilka długich wieczorów spędziłem z Gavinem, który jest szefem kuchni w Marriotcie, na robieniu zdjęć do książki z jego przepisami. Po fotografowaniu każdego dzieła sztuki, Gavin pytał czy mam ochotę spróbować... Też mi pytanie! No i "próbowałem" te łososie, krewetki, risotta, desery, polędwice, tempury i inne cudeńka z całego świata.
Ostatnia sesja odbyła się w niedzielę wieczorem, a na wtorek rano miałem wyznaczony termin zgłoszenia się do szpitala i zaczęli karmić mnie glukozą z kroplówki... o ironio!!!
Dlatego też po powrocie do domu z podwójnym zapałem zabrałem się za NORMALNE jedzenie.
Kiedy zobaczyłem te okrąglutkie, ja małe melony, cukinie... wiedziałem, że je nafaszeruję!
Najpierw na patelni podsmażyłem ok 200g mielonej wołowiny i kolejno na patelnię dorzucałem: jedną pokrojoną w plasterki cebulę, paprykę w paski, czosnek i 1/2 papryczki chili w plasterki i ok. 200g fasolki szparagowej (miałem tylko mrożoną) i oczywiście część tego co wydrążyłem z cukinii. Po lekkim podsmażeniu wypełniłem tym cukinie, posypałem tartym parmezanem i zapiekłem przez 20 minut w 200 st.C. Proste?

środa, 9 marca 2011

Tempura i fotoocena

Dostałem maila z propozycją oceniania blogów pod względem fotograficznym. Na pierwszy ogień rzucił się autor pomysłu - Atonii z Gotowania na gazie . Zrobiłem to mimo, że nie jest to wdzięczne zajęcie, a wręcz trudne i NIEwdzięczne :) Ale o tym możecie poczytać na moim drugim blogu.
Ocenianie zdjęć innych jest bardzo ryzykownym zajęciem. Dla ocenianego też, ale przede wszystkim dla oceniającego!
Kiedy chodziłem do szkoły średniej zaczytywałem się prasą fotograficzną. W latach 80-tych prasą fotograficzną był miesięcznik FOTO i kwartalnik FOTOGRAFIA, który ukazywał się raz lub dwa razy w roku. W FOTO publikowane były zdjęcia młodych fotografów, co bardzo zachęcało do działania. Szczególnym miejscem w miesięczniku, był dział pod tytułem foto - ocena. Tam, różne autorytety komentowały nadesłane zdjęcia. Był to najprostszy sposób na opublikowanie chociaż jednej fotki, nawet gdyby miała być "zjechana". Jako 13 - 14 latek miałem duże parcie na pierwszą publikacje w prasie i mimo nieśmiałości wysłałem fotoreportaż. Było to chyba sześć zdjęć z cmentarza powązkowskiego. Na pierwszym była brama wejściowa, na ostatnim fragment muru z zabitą dechami, nieużywaną bramą. Reszta to nastrojowe fotki zniczy, roślin, liści, nagrobków itp. Niestety nie załapałem się na publikację, ale dostałem list z foto - oceną... Pod listem podpisana była pani, znana zresztą do dzisiaj, dziennikarka, fotografka, autorka książek i różnych opracowań. Pani Anna Teresa (nazwiska nie podam) napisała mi taki list, że czytając go miałem duże wątpliwości czy dotyczy moich zdjęć! "Wiem o co chodziło... o ten odwieczny problem przemijania..." Ale mnie nie chodziło o żaden problem! Na zdjęciach był zabytek, fajnie według mnie pokazany... To były fajne, nastrojowe, czarno-białe fotki... Ale Pani Anna - Teresa dostrzegła "problem" z jakim chciałem się zmierzyć! Kurde: "co poeta miał na myśli!?!".  Tak sobie wtedy pomyślałem, że taki Mickiewicz czy Słowacki (nie żebym się porównywał ;) to jakby wstali z grobu i posłuchali co się opowiada o ich dziełach... padliby trupem! Bo co Mickiewicz miał na myśli opisując stepy akermańskie? Tęsknił za Litwą? A może po prostu tam było fajnie? (na stepach... hm! wątpliwe!)
Tak więc, nie słuchajcie co "mądre głowy" opowiadają o Waszych fotkach. Ważne żeby WAM się te zdjęcia podobały!
Inną rzeczą jest ocena techniczna i to starałem się zrobić u Antoniego.
No, ale po tak trudnych tematach ;) należy zrobić coś fajnego do jedzenia!
Na przykład TEMPURA!
Tempura kojarzy się z Japonią, a podobno pochodzi z... Portugalii.
Japońce by sami na to nie wpadli. Tempura to nie jest jakiś tam czip! To świetny pomysł na urozmaicenie jadłospisu. Najlepiej użyć do frytkownicy, ale można jak ja na dużej patelni. Trzeba tylko wlać duuużo oleju. No i nastawić się na duuuże sprzątanie :(((
Chyba nie ma ściśle określonych składników, których trzeba użyć. Pole do popisu dla artystów kuchennych...
Ja użyłem: ryby pokrojonej na kawałki (bez ości), krewetek obgotowanych i obranych, ogonków langustynek, bakłażana i cukinii pokrojonych w plastry, papryki czerwonej pokrojonej w paski, brokuła podzielonego na różyczki i niestety, rozmrożonej mrożonej fasolki szparagowej z powodu braku szparagów :(
Robimy ciasto naleśnikowe z 2 jajek, 2 szklanek wody i 2 szklanek mąki oraz szczypty soli.
Składniki zanurzamy w cieście i wrzucamy na chwilę na rozgrzany olej, zaczynając od warzyw, a kończąc na owocach morza i rybach.
Wpis ten powstał dzięki Gavinowi, mojemu australijskiemu kumplowi, z którym pracuję ostatnio nad zdjęciami do książki. Od Gavina podpatrzyłem też patent na to co widzicie jako "podkład". Jest to makaron ryżowy, który wrzuciłem na chwilkę na głęboki olej.
O Gavinie i książce napiszę więcej, kiedy już sprawa będzie bliska finału. A tym czasem SMACZNEGO!