środa, 24 listopada 2010

Ma być tanio! (BIGgulasz za 43 zł)

Tanio! Ma być tanio! Kryzysu niby nie ma, ale ma być tanio. Wszystko i wszędzie. W TV ciągle atakuje mnie reklama ubezpieczenia na "starość"... Ubezpieczenie na życie od złotówki dziennie. "Zadbaj o swoją rodzinę..." Ale od 45-go roku życia... no niestety nie łapię się! (jeszcze chwilę)
A! W tym miejscu małe wtrącenie a'propos życia ...
Niedawno, lekarz robiący mi USG, kiedy trochę nerwowo zareagowałem na to co mi zdiagnozował, odpowiedział: "A co Pan tak się denerwuje? Wie Pan ile to plusów jak się umiera w Pana wieku... Tłumy na pogrzebie..."
No, ale spoko narazie planuję inne atrakcje... :)
Tak sobie wziąłem do serca, że ma być wszystko tanio... dzisiaj będzie prosto i smacznie jak zwykle, i jeszcze TANIO!
Wielki, naprawdę wielki gar gulaszu za +/- 43 złote.
Mięso kupiłem w supermarkecie w promocji. Normalne, świeże mięcho! Reszta zakupów również z tego samego sklepu.
schab z warkoczem 1,5 kg - 20 zł
wino czerwone (Sophia Gamza) - 8 zł
seler naciowy - 2,5 zł
papryka czerwona 2 szt. - 2 zł
cebula 4 szt. - 1 zł
marchew 3 szt. - 0,5 zł
przyprawy - 0,5 zł
pomidory w puszce Dawtona (całe) 2 szt. - 4 zł
puszka cieciorki - 3,5 zł
pół cytryny - 0,5 zł
Razem 42,50 zł
Tanio? Za taki gar pysznego gulaszu to darmo!
Warzywa pokrojone wedle uznania, lekko obsmażyłem w dużym żaroodpornym garnku. Dodałem przyprawy (czubata łyżka papryki do gulaszu, łyżeczka mielonego kminku, łyżeczka tymianku, sól, pieprz), sok i skórkę z 1/2 cytryny, szczypta cukru.
Oprószyłem odrobiną mąki i jeszcze chwilkę na gazie.
Zalałem winem, dodałem mięso pokrojone w kostkę mięso, pomidory i cieciorkę. Jeśli trzeba to trochę wody.
Po zagotowaniu wstawiłem na 2,5 godziny do (nowego!) piekarnika rozgrzanego do 200 st. C. (Możecie wstawić do starego:)
Podałem z pieczonymi ziemniakami i sałatą z miodowo-ziołowym winegretem... Na taki wieczór jak dzisiejszy - BINGO!
Było pysznie i tanio! :) Obrus a'la cerata z folii 3,50 zł.
A na deser była galaretka cytrynowa z wiśniami i plasterkiem cytryny. W 100% według pomysłu Franciszka. Teraz jak ktoś taką zrobi, musi ją nazywać "Galaretką Franciszka" (mrożone wiśnie kazał mi zalać warstwą galaretki, po zastygnięciu resztą płynu i dodać plasterek cytryny:)

piątek, 19 listopada 2010

"W ZIEMIAŃSKIM DWORZE"

Przeczytałem książkę... Nie żebym się chwalił, że przeczytałem. To nie pierwsza moja przeczytana... Nie, nie. Kilka książek w roku udaje mi się przeczytać. Kiedyś bardzo tego nie lubiłem, chociaż miałem na to czas (bo musiałem). Teraz chętnie czytam, ale nie zawsze mam kiedy. Jak w ruskim przysłowiu: nie choczesz - nie nada! zachoczesz - nie budźet!
No, ale... przeczytałem fajną książkę! "W ZIEMIAŃSKIM DWORZE. Codzienność, obyczaje, święta, zabawy" autorstwa Maji Łozińskiej, a wydaną przez PWN.
Ludzie! To było życie!
Barwne, z fantazją i rozmachem, ale z szacunkiem dla tradycji i wiary. Życie w zgodzie z naturą. Rytm wyznaczała przyroda. I to nie tylko rytm dnia, ale całego roku.
Ale w zgodzie z naturą nie oznacza nudnie...
Kiedy na Wielkanoc pieczono ciasta... "Ciasto z białej pszennej mąki i ogromnej liczby żółtek (Kucharz wielkopolski zalecał litr żółtek na dwie szklanki mąki) utartych z cukrem, doprawiano szafranem rozpuszczonym w wódce, utłuczoną w moździerzu wanilią..."
A jak się bawiono... A te polowania...
No, a przede wszystkim jakie budowano domy! Te dzisiejsze klocki... Czy taki współczesny projektant nie mógłby troszkę zainspirować się ówczesną architekturą...
Znajdziecie tam sporo zdjęć z epoki.
Ale co ja tu będę... sami się przekonajcie!
A to mała próbka ilustracji z książki, które pochodzą z Narodowego Archiwum Cyfrowego. ( Wypisuję wszystkich posiadaczy praw autorskich ).
                                Józef Mehoffer Widok wiosenny z Janówki
To było dla ducha, a dla ciała... sałatka z rukoli, która spokojnie mogłaby stanąć na "pańskim" stole.
Sałatka pochodzi od Pascala Brodnickiego.
Rukolę, cienkie plastry gruszki, pestki granata i wiórki parmezanu skropiłem sosem z oliwy, balsamico i cytryny. Bajka...

czwartek, 11 listopada 2010

Uczta polsko - duńska w Chorwacji

Dawno, dawno temu w Chorwacji... a dokładnie w lipcu 2010... Kiedy temperatury powietrza były w przedziale 35 -38 st. C, w pięknych okolicznościach przyrody, miała miejsce uczta zacieśniająca więzy Polski i Danii.
Piękne okoliczności przyrody - dla mnie- przejawiały się tym, że wszędzie rośnie jedzenie.
Kąpię się morzu, a dookoła pływają pyszne ryby, kalmary, na skałach mule... wychodzę z morza głodny!
 Idę polną drogą, a w rowach pachnie zabójczo szałwią, koprem włoskim, rozmarynem... a na polu stado młodziutkiej baraniny... jeszcze nie pieczonej...i człowiek znów głodny!
Idę wyrzucić śmieci... a tam taki zapach liści laurowych, że aż kręci w nosie... a to ktoś strzygł żywopłot laurowy i to co obciął wyniósł, o zgrozo, na śmietnik!
No, ale wracając do uczty... 
W letnim domu w którym mieszkaliśmy, wypoczywały jeszcze trzy rodziny. Dwie niemieckie i jedna duńska. Obok nas mieszkali Duńczycy - bardzo sympatyczna, wielopokoleniowa rodzina. Kolacje wszyscy spożywali na swoich tarasach lub przy stołach na zewnątrz, pod wiatami. Każda rodzina sobie, ale z Thomasem i jego rodziną często "chwaliliśmy" się tym co mamy dziś na stole. Któregoś dnia, ustaliliśmy, że zrobimy zrzutkę, a ja zrobię zakupy i kolację.
Oto nasze menu.
Główną rolę odgrywały oczywiście ryby: dorada i (już sobie przypomniałem) okoń morski.
Ryby wcześniej natarłem oliwą, solą, pieprzem. Okonie obłożyłem z zewnątrz i w środku rozmarynem (rósł przy moim samochodzie), a dorady koprem włoskim (rósł przy tarasie Niemców). Do środka wszystkich ryb włożyłem jeszcze po plasterku cytryny i poszedłem rozpalać grilla...
(c)photo by Tęcza
Do ryb były ziemniaki obgotowane z czosnkiem i rozmarynem, a później grillowane na tackach al. Do tego cebula biała i czerwona lekko grillowana na tackach. Następnie dodatki: sałatka z grillowanej cukinii z miętą, sałatka z pomidorów (takich pachnących, dojrzałych!) z bazylią, owczym serem i oliwą z oliwek zza płotu, zielona sałata z winegretem. Do ryb specjalny sos z siekanych pomidorów z ziołami, balsamico i oliwą, cytryna w ćwiartkach. Całkiem obok "kruch na żaru", czyli chleb (pszenny,biały, jak wielka buła) smarowany oliwą z czosnkiem i ziołami, lekko grillowany. No i oczywiście "bilo wino" Marćeta od naszej kochanej Loredany ( u której mieszkaliśmy w ubiegłym roku, a na ich stronie www pozostał po tym drobny ślad).
A przygotowania i uczta wyglądały tak:

Towarzystwo było zacne, wina przednie to i wieczór mijał bardzo sympatycznie. Rozprawiałem z Thomasem o kulinariach i o historii, o astronomi i o dzieciach... I nie miało najmniejszego znaczenia to, że nigdy nie uczyłem się angielskiego... z upływem czasu dogadywaliśmy się co raz lepiej. A kiedy okazało się że Thomas trochę zna francuski nasza rozmowa przybrała jeszcze ciekawszą formę! Czasem prosiłem Tęczę o przetłumaczenie jakiegoś trudniejszego słowa. Nie wiem tylko dlaczego Basia słuchając naszej dyskusji miała takie duże zdziwione oczy...

sobota, 6 listopada 2010

Chorwacja... cd

Przypomniałem sobie, że nie podzieliłem się z Wami wszystkimi smakołykami z Chorwacji... Prawdę powiedziawszy, to czekałem na taką bardziej makabryczną aurę za oknem :)))

Ale dzisiaj tylko zapowiedź następnego odcinka...
Ryby (dorady i ... nie pamiętam nazwy tych drugich... może ktoś poznaje...) marynują się w ziołach (rozmaryn, koper włoski), oliwie, cytrynie, pieprzu i soli.
To jest Poreć... "Dacie wiarę", że miejsce z którego zrobiłem to zdjęcie było oznaczone specjalną tablicą, że TO jest miejsce do fotografowania panoramy miasta o zachodzie słońca... :)

A żeby jednak coś można było przyrządzić po przeczytaniu tego wpisu... zapodaję pewną inspirację na sałatkę, którą namiętnie zajadaliśmy na wakacjach...
Jak polać oliwą... będzie pychotka!
Mam nadzieję, że troszeczkę cieplej i milej Wam się zrobiło!

poniedziałek, 1 listopada 2010

Wszystkich... Świętych ?

Wszystkich Świętych za nami... Dzień Zaduszny będzie zwykłym dniem pracy. Trzy dni odwiedzania cmentarzy za nami... Po tych trzech dniach refleksje są dosyć smutne. Wrzaski, krzyki... Panie w lisach, przy 18 st. C, masa plastikowych kwiatów... jeden wielki jarmark... Targowisko próżności. Ale, jakby co... to My mamy monopol na obchodzenie świąt... bo "Moja racja jest Mojsza niż twojsza!"
A to jutro taki refleksyjny dzień...