piątek, 29 października 2010

Curry z Gdańska po Warszawasku... i słowo o nabijaniu w butelkę!

Dzisiaj obiecane curry z Gdańska czyli od Małgosi. Bardzo dobre na chłodne wieczory.
Ale, słówko o nabijaniu w butelkę...
Nabyłem ostatnio laptopa, więc "stary" został przeznaczony dla Basi. Wymagał jednak drobnej interwencji fachowca. Wygooglowałem serwis... Centrum Napraw Laptopów. Pojechałem z Basiowym laptopem. Po moim "dzień dobry" musiałem poczekać, aż Pani z Panem zakończą konwersację. Daruję Wam szczegóły, chociaż bywało śmiesznie. Jednym z problemów "starego" laptopa był wentylator. Szumiał jak wentylacja w metrze, a laptop i tak grzał się jak piec i wyłączał. Pan "Fachowiec" ("wiem! naprawiłem już 17 tysięcy laptopów") stwierdził, że za 250 zł netto (305 brutto) sprawę naprawi... Zaraz, zaraz, ale oferujecie bezpłatną wycenę naprawy... Wyczyścimy, jak trzeba wymienimy... co by nie było 250 netto... Upsss! Liczyłem na mniej... Ok, zastanowię się. Po powrocie do domu, jakoś sprawa nie dawała mi spokoju: obiecałem dziecku naprawić kompa! Jeszcze raz google w ruch... i znalazłem inny serwis bardzo blisko domu - Control Serwis. Złapałem "złomka" pod pachę i za 5 minut wykładałem sprawę Panu który, głównie słuchał, a później powiedział, że wystarczy wyczyścić i to kosztuje 30 zł (brutto :)). Kiedy ja zbierałem opadniętą szczękę z podłogi, Pan rozkręcił co trzeba, poszedł na warstat... poszumiał, wrócił, skręcił... a Basia cieszy się "nowym" laptopem! Działa! Tak robi się klientów w ..... butelkę.
A o pysznej potrawce curry przeczytacie jak już wspomniałem u Małgosi. Ja z braku batata (szukałem! w promieniu kilku kilometrów nie rósł ani jeden!) użyłem dwóch średnich ziemniaków. Mleczko kokosowe grozi rozwodem, więc na razie nie używam... Pasty curry nie mam, bo jakoś nie mam przekonania... kojarzy mi się z kostką rosołową (może nie słusznie, ale tak mam) jak większość gotowych przypraw "złożonych". Wykombinowałem sam carry z tego co miałem. Do gara poszły więc: kurkuma (średnio), imbir (średnio), kolendra (średnio), pieprz (mało), kumin (mało), chilli (duuużo), gałka (średnio), goździk (jeden), cynamon (średnio), sól, wszystko w proszku.
No i jeszcze podwoiłem ilość piersi kurczaka. I jeszcze miałem gar rosołu drobiowo - wołowego, więc go użyłem. Reszta bez zmian! Jak w oryginale!
 Pycha! I takie rozgrzewające!
A na koniec życzenia...
Nie jestem fanem świąt takich jak Walentynki (upsss! kojarzą mi się z Tiereszkową...), "Dzień Kobiet" czy Halloween. Są importowaną tandetą, jak chiński czosnek...
Ale! W tym okresie, życzę Wam wszystkiego dyniowego! :)))

poniedziałek, 25 października 2010

Kawał... krowy (znów antrykot)

Kolejny raz za nami kolejny ostatni pogodny weekend... Postanowiliśmy go wykorzystać na maxxxa!
Pojechaliśmy na całodniową wycieczkę: Częstochowa - Olsztyn. Chodzi oczywiście o Olsztyn pod Częstochową, bo inaczej, musiałbym zaliczyć kilka mandatów, żeby jednego dnia zaliczyć Warmię i Jurę.
Ruiny w Olsztynie należą do moich ulubionych miejsc w Polsce. Bardzo dawno tam nie byłem... dawniej chyba niż w Paryżu... :)
Miejsce bardzo godne polecenia. Basia stwierdziła, że jest tam bardzo hobbitowo...
Spotkaliśmy nawet Białą Damę...  (wszystkiego naj... na nowej drodze życia!)

Po zejściu z ruin zaliczyliśmy, z pewną dozą nieśmiałości, "Stodołę Krzycha". Bardzo miłe zaskoczenie. Nie jest to miejsce, które może mieć jakikolwiek nadzieje na gwiazdkę Michelina, ale za małe pieniądze najedliśmy się po pachy, smakowało i nikt się nie rozchorował... O sorki! Młody się rozchorował, ale nie na brzuszek!
No i jeszcze muszę wspomnieć, że rodzi się nowa gwiazda fotografii... Drżyjcie...
Na zdjęciu ze swoim osobistym asystentem...

A u mnie znów kawał mięcha!
Antrykot!
Trochę podejrzany gdzieś na kuchni tv.
Dwa duże seki z antrykotu ponabijałem gałązkami rozmarynu, natarłem rozmarynem, pieprzem, solą i oliwą. Zawinąłem w folie i do lodówki.
Przygotowałem sałatkę. Pokruszone kawałki pieczywa opiekłem w piekarniku, pomidorki, ser feta i sałata, zalałem sosem z balsamico, cząbru i oliwy (oliwa oczywista extra virgin - mam przepyszną oliwę chorwacką z Bolu od naszych przyjaciół z gór).
Mięso z lodówki przez moment obsmażyłem na bardzo gorącej patelni i ułożyłem w szkle do zapiekania, podlałem czerwonym winem, zakryłem folią al i na pół godziny w 200 st. C.
Na stół trafił antrykot z ziemniakami opiekanymi i masłem czosnkowym.
Mało wyględne, ale pyszne!
"W następnym odcinku..."
Curry z Gdańska po Warszawsku...

sobota, 16 października 2010

Jesień...

Dla mnie jesień to Paryż... bardzo to banalne, ale głównie bywałem tam we wrześniu i październiku. I tak mi zostało... Przychodzi październik, a mnie dopada Paryż. Ani to oryginalne miejsce, ani fajniejsze od innych, ale ma u mnie priorytet :)
Bardzo dawno już tam nie byłem i może dla tego taki mam sentyment...
Ostatnio Tęcza przywiozła mi dawno nie palone fajki, które w tamtym okresie były no 1 (
+ Gitanesy ), a ja kupiłem sobie Ricarda  :)

No i wszystko wróciło...
Ricard jest dość specyficzny w smaku... to trzeba polubić. Najpierw smakuje jak mydliny, potem jest fajne drapanie w gardle... Jeśli ktoś nie lubi anyżku, niech nie tyka!
(Kiedyś paliłem paczkę fajek dziennie, teraz mam na tydzień, palę kiedy mam ochotę, bo lubię - jak nikt mojego smrodzenia nie wącha!)
A żeby i dziś było wesoło... znalazłem swoje zdjęcie z Paryżewa "z tego okresu"... :)))

wtorek, 12 października 2010

Halo! Filo... Rożki lawendowe.

Jak ostatnio wspominałem, działałem z ciastem filo... Nie jest to
sprawa prosta*, zwłaszcza z piekarnikiem, który nie robi tego o co go proszę...
Pierwszego dnia robiłem Tikwenik od Beaty z Lawendowego domu... Trochę było ciężko i efekt końcowy był daleki od ideału, chociaż na zdjęciach może tego nie widać... Ale, jest to bardzo pocieszające, bo z zawodu jestem fotografem, a nie kucharzem :)))
No i przyznaję się do porażki... ale będę próbował...


Następnego dnia postanowiłem wykorzystać resztę ciasta filo i zrobiłem rożki inspirowane przepisem Pascala Brodnickiego.
Nadzienie to kozi twarożek, miód, orzechy (u mnie włoskie a nie piniowe) i lawenda.
Podwójny pasek ciasta filo składa się tak:






Można go trochę posmarować oliwą.
Zapiekałem, aż stanie się złotawy...



*ciasto filo po rozpakowaniu szybko wysycha i rozsypuje się jak........ wyschnięte ciasto filo :)

piątek, 8 października 2010

Tapas... i mała troska.

Jak mawia nasz kumpel "z gór", kiedy jest w bardziej filozoficznym nastroju: "życie nie jest sprawą prostą... i często wkrada się w nie troska..."
Dzisiaj, chyba trochę źle zaplanowałem...
Tęcza jest na targach we Frankfurtach, więc muszę się trochę bardziej zorganizować. A z tym u mnie słabo.
Na popołudnie i wieczór był plan maximum i trochę nie wyszło. Ale tylko trochę, więc "mała troska".
Franek był dzisiaj pierwszy raz na karate :) tak na próbę. Bardzo Mu się spodobało, ale do domu wróciliśmy o 18,30. Młody jadł kolację, ja zrobiłem kilka fotek dyni na Tikwenik Beaty z Lawendowego. Później ją obrałem i dusiłem (dynię). Kolacja Basi i moja. W tzw międzyczasie, ciąłem nowozakupione deski na tło do zdjęć. Młody do wanny, mieszanie dyni i przepytywanie Basi z pierwiastków... znaczy się z chemii. Młody do wyrka, czytanie... nie mieszaną dynię uratowała Basia. Młody spać. Walka z ciastem filo i uczenie się z Basią kolorów po francusku. Dobra! Tikwenik do piekarnika. Uff! 30 minut będzie się piekł... Przerabiamy z Basią kolory i liczebniki francuskie przeplatane symbolami pierwiastków: siedem? sept, czarny? noir, krzem? Si... O merd! coś się pali! (15 min)
Według przepisu Beaty, Tikwenik powinien być złotawy... mój jest brązowy! Cóż, podobno kobiety lubią brąz... okaże się jak Tęcza jutro wróci :)
A tapasy... tapasy robiłem w zeszłym tygodniu za J. Oliverem (troszkę adoptując).
Małe cukinie obieraczką do warzyw pociąłem na wstążki, posmarowałem oliwą i ususzyłem w piekarniku. Posypałem miętą i ostrą papryczką plus kilka kropli balsamico.
Cieciorkę z puszki odlałem. Garstkę rozgniotłem, wszystko wymieszałem z oliwą, posiekaną papryczką, sokiem z 1/2 cytryny, solą i pieprzem.
Czerwona słodka papryka ze słoika (kupna) została wymieszana z kilkoma pokrojonymi filetami anchois, natką, miętą, balsamico i oliwą.
Oliwki odlałem z zalewy, zalałem oliwą, dodałem posiekaną ostrą papryczkę, czosnek i natkę. Energicznie wymieszałem.
No i najwięcej roboty... :)
Obrane i pokrojone pomarańcze przykryłem czerwoną cykorią, cebulą w piórkach, natką. Pokropiłem oliwą, sokiem z pomarańczy, sól i pieprz. Na samą górę idzie pokruszony ser owczy... na zdjęciu nie ma... zapomniałem!!!
Smacznego!
O kurka! 0,45! a ja jeszcze muszę pstryknąć Tikwenik, żebyście mogli zobaczyć ten brąz! :)))

środa, 6 października 2010

Nadziewane...

Będzie o nadzianych... np papryczkach albo pomidorkach.
Ale najpierw...
Krew mnie zalewa... Jest chodnik, jest zakaz zatrzymywania.... Podjeżdża "blondynka" (jest to określenie na osobników obu płci, wszelkich kolorów włosów - dotyczy cech umysłu, a właściwie jego braku) i parkuje dokładnie w poprzek chodnika... Musi stanąć akurat TU. Ok. Ja nie jestem fanatycznym przestrzegaczem przepisów...;-) Ale dlaczego nie równolegle do jezdni, żeby jakiś staruszek albo matka lub ojciec z wózkiem mogli ominąć "królewski" samochód?  Brak wyobraźni? Czy zlewanie innych... A weź i zwróć uwagę ( ja z lubością to robię:) to, albo Cię zje...dzie jak psa, albo udaje, że nie wie o co chodzi...
Szczególną grupę stanowią CI LEPSI... (nadziani:-).
Na jednego Znanego Pana, samochód czeka na zakazie czasem pół godziny lub więcej. Nie blokuje chodnika, to fakt, najwyżej trochę wjazd do garażu podziemnego... Ale Ci którzy chcą być reprezentacją i władzą, moim skromnym zdaniem, prawo powinni szanować szczególnie. (Ja posłem, ani kandydatem na prezydenta nie będę, bo lubię przelatywać na "późnym" zielonym)
Żeby nie być gołosłownym:
(21,09,2010)
Chyba jednak już zmienię temat, bo się zaczynam rozkręcać... A jak kilka miesięcy temu zwróciłem uwagę ochroniarzowi z naszego osiedla, to miałem zbitą szybę w samochodzie... :)
Tak więc powrócę do nadzianych warzyw...
Papryczki nadziewane serem z czosnkiem robiłem już wcześniej i teraz była to powtórka, ale zostało mi sporo nadzienia.
Dodałem posiekanej cebuli, mozzarelli i bazylii... Napełniłem tym wydrążone pomidory...
... i zapiekłem. Pychota!
Ale jakby ktoś pomyślał, albo gorzej powiedział, że to z wiekiem przychodzi... to się myli, to dziedziczne... ;-)