sobota, 31 lipca 2010

Jutro 1 sierpnia

Jutro jest 1 sierpnia... data szczególna.
Dużo o tym dniu powiedziano i napisano, i nie chcę tego powtarzać. Chciałem tylko zapalić symboliczny znicz...


Mam dwie zniszczone, biało - czerwone opaski, które należały do ciotecznego brata mojego ojca.
W Powstaniu Warszawskim nosił ps. Arnie - Waldemar Baczak. Bardzo zdolny, młody człowiek... jak wielu w Powstaniu...
Co roku odzywają się ludzie, którzy twierdzą, że Powstanie Warszawskie było bez sensu, że to była głupota, bo wyginął kwiat młodzieży itp.
Arnie przeżył Powstanie, mimo, że pięciokrotnie był ranny. Dokończył studia prawnicze, rozpoczął studia doktoranckie, znał kilka języków... tylko... i tak musiał umrzeć. Został zastrzelony w więzieniu na Rakowieckiej. Miał 24 lata. Nie ma grobu.
Powstanie Warszawskie było WIELKĄ RZECZĄ, a ONI i tak nie mogliby żyć w PRLu.
zdjęcia czarno-białe: PAP

Zdjęcia z "procesu".Środkowa ławka, od lewej : Kalicki(w mundurze), Grocholski, Kosiorek, Baczak.


czwartek, 29 lipca 2010

CHORWACJA... (2)


Wpadłem na chwilę do domu, więc zapodaję... Dzisiaj kozice! ( u nas powszechnie nazywane krewetkami...)

Krewetki w Chorwacji robiłem dwa razy. Raz "na żaru", drugi "na buzaru"... brzmi nie źle, co nie?
Na żaru to znaczy się z grilla, na buzaru gotowane. Zmiana wynikała z lenistwa... Drugie krewetki, kupiłem pod koniec naszego pobytu w Ch. kiedy temperatury dochodziły do 38 - 39 st. C i na myśl o rozpalaniu grilla (nawet wieczorem) odechciewało się wszystkiego. Gotując krewetki na kuchence, za plecami, na ścianie, miałem klimatyzator, a obok lodówkę ze schłodzonym białym winem.
Jedne i drugie były przygotowane tak samo: zalane białym winem, posiekanym czosnkiem i z rowu na rwałem trochę kopru z fenkułu.

Grill, wiadomo... wygodniej na tackach, bo drogocenny surowiec nie zwali się do żaru... No oczywiście kozicom wystarczą 5 - 10 minut "na żaru" w zależności od rozmiaru żaru.

Natomiast "na buzaru" robiłem na patelni, wrzucając je razem z sosem - marynatą, aż ten wyparował i krewetki lekko się przysmażyły.
Do tego "jakaś" rukola, sałata z pomidorami i cebulą z winegretem, i oczywiście cytryna.

Może być gruba ratatuja, ale w Chorwacji przeważa biała papryka, więc nie wygląda tak kolorowo...

Musi być oczywiście dużo bilo wino...

Które u nas "schodziło" bardzo... jak i kozice...

wtorek, 20 lipca 2010

CHORWACJA... (1)

No, więc tak... Hmm... Tyle tego, że nie wiem od czego zacząć, a będę się streszczał, bo oczy mam na zapałkach... (w sobotę 1300 km w 15 godzin, dzisiaj z Basią na obóz 570 po PL w 9 godz. - nawet jak stukam w klawiaturę to jeszcze ściskam kierownicę).
W Chorwacji jak to w Chorwacji... bajka.
Jedzenie jest wszędzie: rośnie jako żywopłot (np laur albo rozmaryn), rośnie na ugorze (fenkuł), w górach przy drodze (szałwia), albo wręcz łazi po drodze...

Było super... Dzisiaj tylko krótki meldunek.
To są dwa szczęśliwe Gutki na falochronie wieczorową porą uwiecznione przez Tęczę...

A to są trzy szczęśliwe Gutki nocą porą... (jedna "kulka" tamtejszych lodów = trzy "kulki" w PL)

No to szybciutko przepisik. Dzisiaj tylko jeden i prosty bo mi się klawisze zlewają... znaczy się w oczach...
Małże po marynarsku ( Moules Marinieres ) po mojemu, czyli w naszym ulubionym wydaniu!
Nie wspomniałem, że tam najwięcej jedzenia jest w morzu... Wyżej rzeczone w naturalnym środowisku wyglądają tak:

Na kuchennym blacie tak:

I właśnie to co wystaje z muszli, tzw bisiory, trzeba odciąć ostrym nożem. Nie wyrywać (ważne!) tylko odciąć lekko naciągając.
Przed czyszczeniem i gotowaniem, kilka godzin moczę je w słodkiej wodzie (nie słodzę jej :).

Tu jest 5 kilogramów - na pięć głodnych mulożerców!
Po oczyszczeniu sprawa jest prosta. Do DUŻEGO gara ląduje jedna, dwie cebule posiekane, ząbek (duży) czosnku (lub więcej - tego i tego) i szklą się na oliwie. Potem wlewam białe wino, tak, żeby było ze dwa, trzy cm na dnie, wrzucam bukiet garni, czyli wiązkę dostępnej w danej chwili zieleniny, i chwilę gotuję. Bukiet wywalam i wrzucam małże. Przykrywam gar i gotuje kilka minut przerzucając zawartość (aż się otworzą i lekko zpomarańczowieją). Na koniec wrzucam dużo siekanej natki pietruszki i ew. siekanego pomidora. Jeszcze minuta i finito! Gotowe!

Bagietka, białe wino ( w tym przypadku było bilo wino ) i cytryna. ZAMKNIĘTYCH NIE JEMY! (sensacje żołądkowe nie warte są kilku muli:)

Jutro, (o! już dzisiaj) na kila dni jadę z Franciszkiem na "nawieś", więc znów mnie nie będzie, ale mam w zanadrzu masę pyszności z Chorwacji (krewetki, ryby, warztwa, trochę mięsiwa),  które będę systematycznie Wam zapodawał...