piątek, 28 maja 2010

TILAPIA DLA WIELKIEGO MISTRZA KRZYŻACKIEGO (ze szparagami:)


Dostałem książkę. Niby nic. Czasem dostaję nawet kilka książek... Czsem dostanę butelkę wina... też fajnie! Kiedyś, dostałem łuk. Od Mikołaja pod poduszkę. Super był, tylko drugiego dnia się złamał i mama musiała raklamować go w Składnicy Harcerskiej... Ale, zaraz, zaraz... a, no więc ta książka to jest o gotowaniu, znaczy taka bardziej kucharska, ale historyczna jakby. "KUCHNIA WIELKICH MISTRZÓW" jest zbiorem współczesnych adaptacji, przepisów z kuchni malborskiego zamku. Na szczęście, tego co jadali  wielcy mistrzowie, a nie więźniowie w lochu...
Nigdy nie robiłem tu nikomu "pijara" i nie będę, jak nie będę przekonany, że warto, ale ta książka naprawdę bardzo mi się podoba. A! Żeby było jasne: kupować jej nie kupujcie. Ja ją mam i jak coś będziecie chcieli ugotować po krzyżacku, to musicie zaglądać do mnie na bloga :)
A tak na marginesie, to powiem, że braciszkowie sobie nie źle podżerali!
No to mała próbka z Malborka.
Ryba jest z ryżem, w oryginale z dzikim. Ja miałem brązowy, ale wyglądał naprawdę dziko. Ugotowałem go w wywarze jarzynowym i wymieszałem z odrobiną podsmażonej cebuli.
Dodatkiem były szparagi (sorki!) ugotowane w wodzie z solą, cukrem, listkiem laurowym, goździkiem i gałązką tymianku.
Do ryby zrobiłem taki jakby dresing z poplasterkowanej rzodkiewki, dymki, czosnku, natki kolendry, wymieszanych z sokiem z jednej lemonki z setką oliwy extra. Trzeba zrobić wcześniej, żeby się przegryzło.

A tilapię trzeba po prostu natrzeć solą, grubo grubym pieprzem i upiec.

 Proste jak zwykle... A pyszne... jak zwykle :)
Dzięki Krycha!

czwartek, 27 maja 2010

Wieprzowina z ananasem

Dzisiaj jedziemy ostro! A ponieważ pora "lunchu" tuż, bierzemy się do roboty! Nie będzie opowieści dziwnej treści o błocie przy grillu i ukradzionej rynnie, albo o... stop! (No, ale szkoda, że nikt nie powiedział mi o jaką CIECZ chodzi na tym ogłoszeniu w Białej...)
W zamrażalniku leżał schab. No ale przecież nie zrobię kotletów schabowych... (zrobiłem w ubiegłym tygodniu i na dwa lub trzy miesiące wszyscy mamy dość).
Przypomniałem sobie o serii książeczek wydanej kiedyś przez Tęczę z GW: Kuchnie Świata. Padło na Meksyk i wieprzowinę z ananasem!
Wieprzowinę (schab lub łopatkę) pokrojoną w kostkę, obsmażyłem na dużym ogniu i przełożyłem do garnka. Na tą samą patelnię wrzuciłem pokrojoną w grubą kostkę paprykę słodką czerwoną, cebulę, ostrą papryczkę bez nasion posiekaną drobniutko, sól i pieprz. Bałem się, że jedna papryczka to trochę mało, więc posypałem jeszcze troszkę mieloną chilli... :)
... i do gara. Na wierzch pokrojony w kostkę ananas, kilka posiekanych listków mięty i odemnie sok z połówki limonki.
Podlałem pół szklanki wody i pół soku z ananasa. Przykryłem i na małym ogniu dusiłem trochę ponad godzinę.
Podaje się z ryżem. Ja do gotowania ryżu dodałem trochę soku z ananasa...
Z piwem np Corona z lemonką - Meksyk w gębie!!!

wtorek, 25 maja 2010

Tylko NIE o szparagach !

O szparagach już nie będę! Chociaż na naszym stole pojawiają się ostatnio bardzo często pod różnymi postaciami - na razie koniec!Obiecuję! Już zacząłem dostawać anonimy z pogróżkami: "NApIsz JeSzcZe raZ o SZpaRagacH tO cI..." Dobra, OK !
Tak więc, nie będę już wspominał o szparagach, które zrobiłem na "nawsi" z grilla... takich zawiniętych w boczek... nic! Ani słowa!
A że, na "nawsi" byliśmy i grillowaliśmy to mogę.
Mam nadzieję, że kiedyś, może jeszcze w tym roku, zrobi się ciepło, przestanie padać i będzie można grillować jak cywilizowany człowiek. Człowiek kultury europejskiej.
Ja w sobotę musiałem pracować w takich warunkach:

To już chyba w Azji mają lepiej... (w trakcie grillowania przynajmniej...)
Na dodatek zostałem potraktowany bryłkami lodu, chociaż nie zamawiałem takowych.

Wcześniej, nawet było prawie plażowo. Później zaczęło padać dosyć mocno!

A ponieważ, jak widać, coś mi ukradło kawałek rynny... Lało się mocno i gdyby nie Franciszek i Szymon (ukochany jego brat cioteczny), którzy zajęli się melioracjom... pewnie byśmy popłynęli...
No, więc jakby zrobiło się kiedyś ciepło... to może ktoś wykorzysta nasze przepisy na grillowanie. Niektóre przepisy pochodzą z "życia i praktyki" inne (np na marynowanie mięs) od naszego przyjaciela Pascala, tylko zostały trochę adoptowane :)
Mięso. Najczęściej karkówkę, najlepiej antrykot, marynuję na dwa proste sposoby. Pierwsza marynata: duża ilość musztardy Dijon, mała ilość oliwy, trochę soku z lemonki lub cytryny, sól, pieprz. Druga marynata: oliwa i bardzo, bardzo duża ilość słodkiej papryki, troszkę ostrej, ząbek (dwa) czosnku zmiażdżony, sól, pieprz. Mięso lubi poleżeć w nich dzień lub dwa!
Do tego grillowane warzywa. Tym razem, z uwagi na mało sprzyjające warunki, było bez szaleństw... cukinia i bakłażan. Obydwoje wcześniej zostali nasmarowani oliwą z ziołami (tymianek, oregano itp), czosnkiem, solą i pieprzem.
No i jeszcze obowiązkowe u nas, ziemniaki pieczone w folii. (Jeden szczegół: ziemniaki trzeba naciąć i włożyć odrobię masła w nacięcie;)
Tak raczej skromnie tym razem było...

Ponieważ, tu u mnie z deserami trochę kiepsko. Polecam ptysie z cukierni w pobliskiej Białej Rawskiej. Nie próbowałem, ale to prawdziwe dzieła sztuki!              fotki komórkowe
Próbowałem za to ciasta drożdżowego z tej cukierni... pycha!


PS
Obok przystanku PKS w Białej, ktoś zamieścił ogłoszenie. Nie wiem o co chodzi, ale może ktoś bardziej wtajemniczony mi wyjaśni...
Bardzo mnie to frapuje... Może bym reflektował...

poniedziałek, 17 maja 2010

Dla odmiany... SZPARAGI !!!

Bardzo śmieszne, prawda? Tym bardziej, że to trochę inna wersja tych ostatnich... taka tam radosna twórczość.

Zaczynamy tak samo, tzn owijając zielone szparagi boczkiem i piekąc je.

Potem serek kamamberek zawijamy w folię i na parę minut do piecyka. Kiedy szparagi są gotowe, a serek swoje odstał w piekarniku i jest płynny... Rozrywamy go na szparagi!
W przypływie twórczej inwencji dorzuciłem połówki pomidorów koktajlowych i szczypiorek...
Dzisiaj to wszystko w temacie. Muszę odespać żeglowanie :)

środa, 12 maja 2010

Szparagi... czwarty raz!

Jakoś ostatnio ciągle jestem w niedoczasie! Niby wszystko jak zawsze... a zawsze niedoczas! Jadę odpocząć!
Dzisiaj z Frankiem udało nam się w końcu zrobić testy alergiczne! Jak na dziedzica "nawsi" przystało, wyszło, że uczulony jest na trawy i zboża! Ha, ha! On latem nie ma nigdy problemów, a ma ( znaczy choruje) jak robi się zimno i o trawach już dawno wszyscy zapomnieli... :) Doktory rzekły: testy jedno, życie drugie... Zobaczymy co z tego wyjdzie...
A szparagi są super pyszne i super szybkie... jak to szparagi!
Dzisiaj były z boczkiem i z jajkiem w koszulkach.
Szparagi zielone ,po przygotowaniu (patrz wcześniejsze posty), surowe, owinąłem w boczek wędzony, osoliłem, grubo opieprzyłem i skropiłem oliwą ...albo odwrotnie.

 Piekły się 10 minut w 200 st.C.
Jajka w koszulkach (zawsze stres) pierwszy raz się super udały. Do garnczka ze wrzątkiem dodałem trochę octu winnego i zamieszałem żeby zrobić "wir". Wbiłem jajka (pojedynczo) i gotowałem 2-3 minuty. Łyżką cedzakową na talerzyk, a potem na gotowe już szparagi.
Robiłem to pierwszy raz i jest to mój przepis, który jest wypadkową różnych "obcych" przepisów i moich doświadczeń!
BAJKA! Trąciło tylko malizną!
A w piątek spadam na wyjazd samców, na żagle... A HOJ !
                 Tak było w ubiegłym roku :)

piątek, 7 maja 2010

Szparagi... odsłona trzecia

Dzisiaj szybciutko... Trochę na kolanie. Zdjęć też tak nie za wiele... na kolanie... A właściwie tylko jedno in statu nascendi...

To jest sos z którym połączyłem tagliatelle. Ale najpierw jak zrobić sos! Zeszkliłem dwie małe cebule z ząbkiem czosnku, dolałem pół butelki białego wina, po chwili śmietanę. Następny był łosoś wędzony pokrojony w paski. Później szparagi, miałem białe, ale lepsze byłyby zielone. Po około 10 minutach dodałem pokrojone na połówki pomidory koktajlowe i szczypiorek, i ... wyłączyłem gaz. Po ugotowaniu makaronu i odlaniu (tak z grubsza) dodałem na patelnię do sosu. Jeszcze chwilę na dużym ogniu i gotowe!
Zdjęć gotowej potrawy nie zdążyłem zrobić... groziło linczem!
Szparagi jeszcze będą... postaram się! Smacznego!

czwartek, 6 maja 2010

Otwarcie ! (sezonu... prawie letniego)

No tak... maj... majówka... te sprawy. A na termometrze max 14 st. C. Trochę kiepsko... Ale 1-szy maja, sezon trzeba zacząć... prawie jak majówka!
Pojechaliśmy na "nawieś", chociaż w nie pełnym składzie, bo Basia była na wyjeździe żaglówkowym... Kulinarnie trochę straciła, ale i tak wróciła przeszczęśliwa!
A na "nawsi" trochę było chłodnawo, ale na stole, pełnia lata...
Nasz młodszy, szczerbiec, mimo swojej wybredności, jedzonko z grilla przyswaja z chęcią (...czym skorupka za młodu...)

Na stole to co już wcześniej Wam zapodawałem: kulki serowe, ziemniaki, szaszłyki, polędwica w musztardzie francuskiej...

 może za wyjątkiem karkówki marynowanej w oliwie z ziołami i dużą ilością musztardy Dijon lub, duga wersja, z dużą ilością słodkiej papryki i takie tam...
Po jedzonku był spacer... prawie jak na południu Francji... prawie...
Porzeczka zamiast winogron... ale u nas spożycie wina porzeczkowego jest chyba równe albo większe od spożycia wina gronowego we Francji...
Klimaty o zachodzie słońca (które łaskawie czasem się pojawiało) prawie jak...

Młody zdobywał napotkane szczyty z wielką pasją... oby tak Mu zostało...
A tu moja grządka!

Na pierwszym planie szczypiorek, dalej melisa i tymianek. Rozmaryn niestety, jak to mi tu zapowiadano, nie przezimował i drzewko laurowe też...
Na reszcie grządki przygotowane miejsce na koperek i kolendrę (już posiane) i dużo miejsca na rucollę!
Będę się rozliczał z planów... Będzie kupa śmiechu!
Podsumowując: prawie czyni wielką różnicę!
PS. A o szparagach jeszcze będzie...