piątek, 8 października 2010

Tapas... i mała troska.

Jak mawia nasz kumpel "z gór", kiedy jest w bardziej filozoficznym nastroju: "życie nie jest sprawą prostą... i często wkrada się w nie troska..."
Dzisiaj, chyba trochę źle zaplanowałem...
Tęcza jest na targach we Frankfurtach, więc muszę się trochę bardziej zorganizować. A z tym u mnie słabo.
Na popołudnie i wieczór był plan maximum i trochę nie wyszło. Ale tylko trochę, więc "mała troska".
Franek był dzisiaj pierwszy raz na karate :) tak na próbę. Bardzo Mu się spodobało, ale do domu wróciliśmy o 18,30. Młody jadł kolację, ja zrobiłem kilka fotek dyni na Tikwenik Beaty z Lawendowego. Później ją obrałem i dusiłem (dynię). Kolacja Basi i moja. W tzw międzyczasie, ciąłem nowozakupione deski na tło do zdjęć. Młody do wanny, mieszanie dyni i przepytywanie Basi z pierwiastków... znaczy się z chemii. Młody do wyrka, czytanie... nie mieszaną dynię uratowała Basia. Młody spać. Walka z ciastem filo i uczenie się z Basią kolorów po francusku. Dobra! Tikwenik do piekarnika. Uff! 30 minut będzie się piekł... Przerabiamy z Basią kolory i liczebniki francuskie przeplatane symbolami pierwiastków: siedem? sept, czarny? noir, krzem? Si... O merd! coś się pali! (15 min)
Według przepisu Beaty, Tikwenik powinien być złotawy... mój jest brązowy! Cóż, podobno kobiety lubią brąz... okaże się jak Tęcza jutro wróci :)
A tapasy... tapasy robiłem w zeszłym tygodniu za J. Oliverem (troszkę adoptując).
Małe cukinie obieraczką do warzyw pociąłem na wstążki, posmarowałem oliwą i ususzyłem w piekarniku. Posypałem miętą i ostrą papryczką plus kilka kropli balsamico.
Cieciorkę z puszki odlałem. Garstkę rozgniotłem, wszystko wymieszałem z oliwą, posiekaną papryczką, sokiem z 1/2 cytryny, solą i pieprzem.
Czerwona słodka papryka ze słoika (kupna) została wymieszana z kilkoma pokrojonymi filetami anchois, natką, miętą, balsamico i oliwą.
Oliwki odlałem z zalewy, zalałem oliwą, dodałem posiekaną ostrą papryczkę, czosnek i natkę. Energicznie wymieszałem.
No i najwięcej roboty... :)
Obrane i pokrojone pomarańcze przykryłem czerwoną cykorią, cebulą w piórkach, natką. Pokropiłem oliwą, sokiem z pomarańczy, sól i pieprz. Na samą górę idzie pokruszony ser owczy... na zdjęciu nie ma... zapomniałem!!!
Smacznego!
O kurka! 0,45! a ja jeszcze muszę pstryknąć Tikwenik, żebyście mogli zobaczyć ten brąz! :)))

5 komentarzy:

  1. Ja koniecznie chcę zobaczyć brąz!Bo ...lubię...Poważnie!
    Poza tym jesteś zorganizowany, tylko kokietujesz...
    Tapas troszkę uszczknę.Dobrze...?

    OdpowiedzUsuń
  2. czekam z niecierpliwością na ten brąz :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tapas mi się śnią od powrotu z Hiszpanii...:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Takie dni się bosko wspomina. Lubię, bo kiedy kładę się spać do wyrka, to mam wrażenie, że byłam strasznie wydajna i spisałam się na medal, która sam sobie wirtualnie wręczam. :-)

    Wszystkie rzeczy zaprezentowane w tym wpisie. zapożyczę na pewno.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hahaha, no jak ktoś się bierze za tyle czynności na raz... :D Znaczy, dla kobiet to norma, ale dla mężczyzn...? :D
    Sorki, to nie miała być żadna złośliwość. ;-)

    Ps. Ja się nie dziwię, że Franko zachwycony zajęciami karate. :) Mój syn pierwszy raz poszedł w wieku 6 lat. Teraz leci już trzeci rok jak moje dziecię ćwiczy. :) I wciąż tak samo zafascynowany. :) A!I co ważne, dzieci na zajęciach uczone są, że to sztuka walki, która nie służy przemocy.

    OdpowiedzUsuń