środa, 25 sierpnia 2010

Koniec wakacji... i zaległości (chorwackie:-)

Co to jest: trzeci dzień nic mi się nie chce?! Środa!!! A co to jest jak mi się trzeci tydzień nic nie chce? Ja nie wiem...
To po primo, po primo po drugie to trochę jestem rozczarowany... trzy tygodnie mnie tu nie było i nie ma żadnych wpisów typu: "Gdzie jesteś? Co się z Tobą dzieje? Brak Nam Twoich wpisów!" Ech...

No i zaległości się porobiły straszliwe! Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie! Leń mi się wakacyjny (tym razem wakacyjny!) zalęgł...
Padł mi staruszek laptop i musiałem nabyć nowy, z którym to jeszcze nie do końca się za kumplowaliśmy :(((
Jeździłem sporo, jak to w wakacje, a do tego ten Leń...
Jednak się usprawiedliłem :)))))))))
No, jeżdżenia, już po Chorwacji, było sporo...
Basię trzeba było zawieść za Giżycko (zrobiła tam patent żeglarski !!! ). Potem z młodym na nawieś, potem nad morze do Krynicy, żeby Go prze testować pod namiotem. Pogodę mieliśmy raczej nie fajną... ale było fajnie!
Jeszcze potem, mieliśmy z Tęczą i naszą kumpelą Elą, wypad weekendowy na superowe urodzinowe garden-party w Berlinie. "Dzień po" zrobiliśmy expresowe zwiedzanie Berlina... Wsiedliśmy do autobusu "safari-city"... (wiocha...) na więcej nie mieliśmy siły... No i tu wielkie rozczarowanie! Ja wiem, że ja jestem wychowany na Klosie i Czterech pancernych... ale ta ich "Brama Brandenburska" to... hmmm! BRAMA to brzmi dumnie... a tu taka... bramka? żeby nie powiedzieć furtka... tylko na zdjęciach i filmach wygląda na BRAMĘ!

Potem... z Basią do Krynicy pod namiot. Pogoda była już dużo lepsza...

A potem, potem... na nawieś z Basią i Franciszkiem. 
Wieczorami próbowałem pracować... ale na wsiach... kiepsko z prądem... enternetu nie ma... (musiałem łączyć przez komórkę), no i z zaopatrzeniem w napoje słabo... (najlepszym winem jest Sophia).

A wracając do zaległości Chorwackich...
Wspomnienia są ciągle świerze...

(Franciszek nocą w Faźanie)
Cała para poszła w gwizdek, więc (jak zwykle) krótki, ale pyszny przepis z Chorwacji... Nic odkrywczego... Jedna tylko innowacja!
Szaszłyki z piersi kurczaka, zamarynowane w tartej cebuli, czosnku, soku i skórce cytryny, rozmarynie i oliwie, oczywista z solą i pieprzem. ALE! nawleczone na... gałązki rozmarynu! BAJKA!

Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania... Wiem, może być kłopot w Polsce, z takimi gałązkami rozmarynu na które da się nabić kurczaka... ale to już Wasz problem :) ja oskubałem kilka krzaków w Chorwacji! (Oni tam mają żywopłoty z rozmarynu!)

Podałem z białym sosem jogurtowym, z grillowanym pieczywem z oliwą, z ziołami i cukinią...
O Chorwacji jeszcze będzie... w zimne jesienne wieczory...

13 komentarzy:

  1. świetne zdjęcia
    z przyjemnoscia obejrzałam
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. to jest rzeczywiscie pyszny przepis

    bylam w Chorwacji w tym roku, drzewa rozmarynu sa imponujace, a takiego dania niestety nie jadlam :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Jednak przypomniałeś sobie o nas...Wreszcie!

    Wspomnieniowe fotki fajnie się ogląda.A rozmaryn wielkości krzaków to nie tylko w Chorwacji jest.Na szczęście nie tylko.Nie będę wymieniać,że i w...,i w...

    OdpowiedzUsuń
  4. ta marynata bardzo mi się podoba i te wszystkie wakacyjne zdjęcia też!

    OdpowiedzUsuń
  5. To faktycznie bardzo, bardzo wakacyjne wakacje :)
    super!

    a z patyczkami z rozmarynu nie miałabym problemu w poprzednim miejscu zamieszkania, taki piękny krzak już tam rósł... no nic, trzeba będzie sobie i w nowym miejscu taki wyhodować ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. genialna marynata! Taka orzeźwiająca!

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj! Fajnie znowu poczytać co u Ciebie "w trawie piszczy". Szaszłyki fajne, robiłam kiedyś takie nadziewane na rozmaryn, ale z ryby - też wyszły smakowite. Pzdr Aniado

    OdpowiedzUsuń
  8. No ja się zastanawiałam, gdzie się podziewasz, a jakże! :-) Fajnie, że były to fajne wakacje!

    Gałązka rozmarynu mnie rozwaliła, skąd ją wezmę, skąd? A pomysł taki świetny!

    OdpowiedzUsuń
  9. Przepraszam, trochę mnie tu nie było, bo sam urlopowałem i jeszcze rozwojażony trochę jestem, ale zaręczam, że brak wpisów "Gutkuuu, wraacaaaj" nie jest spowodowany brakiem zainteresowania. Sam mam okresy, że nie bazgrzę po blogu, więc doskonale rozumiem, że inni też nie myślą tylko o tym blogu, który w końcu jest dla nas rozrywką, jakimś tam spełnieniem, ale nie zastępuje, i nie powinien, życia.

    Brak mi czasem takich ludzi jak Ty, że nie piszą, ale też jaka radość jak coś nowego powstanie! Zresztą, ja tam uważam, że pisanie na siłę, bo dawno nic nie było, jest bezsensowne. Blog to ma być radość, hobby, a nie przymus i orka 10 godzin na umowę o pracę.

    A propos, w Polsce nie ma problemu z takimi gałązkami rozmarynu, choć tanie nie są. Bywają zdrewniałe w hipermarketach, można też kupić rozmarynowe drzewka w sklepach ogrodniczych. Kiedyś kupiłem takie drzewko za 15 zł. Zdrewniałe gałązki zastosowałem jako patyczki, a miękkie przerobiłem na dekadencką miotełkę do naoliwiania i napiwiania jagnięcych szaszłyków ;)

    Taak, koniecznie zostaw trochę słońca z Chorwacji na zimę!

    OdpowiedzUsuń
  10. No i udało mi się! Miód na moje egocentryczne serce! :))) Dzięki Wszystkim za odwiedzanie mnie! Bardzo mi Was brakowało...

    Ciekawe informacje posiadacie na temat zdrewniałych rozmarynów :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  11. Witaj! Mam nadzieję, że teraz przerwy między kolejnymi postami będą krótsze;) Fajne wakacje!
    Robercie, chciałam Cię też serdecznie zaprosić do blogowej zabawy "Lubię..." - szczegóły znajdziesz tu: http://kucharnia.blogspot.com/2010/08/jedna-z-dziesieciu-ricotta.html
    Mam nadzieję, że dasz się namówić!
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  12. rozumiem, Twój zachwyt Chorwacją.. byłam i mogłabym tam jeździć każdego roku..zwłaszcza na ich wysepki..

    OdpowiedzUsuń
  13. Roberto, no to trochę poleniuchowałeś chłopie. Zazdroszczę, bo za mną dość pracowite lato. Czekam na kolejne chorwackie kulinarne odkrycia z zapartym tchem, a tymczasem powracam w wakacyjną otchłań nieróbstwa, której zostało mi już niewiele. Pozdrawiam i przegoń tego lenia wreszcie :)

    OdpowiedzUsuń