piątek, 20 listopada 2009

Alternatywa dla zapiekanki

Ponieważ, rzeczywiście można zapomnieć o mięsku przy zapiekance ziemniaczanej, to jadamy głównie ziemniaki pieczone. Pokrojone w plastry, ćwiartki, łódeczki, kostkę.... jak kto ma cierpliwość może wycinać gwiazdki :)),dodaję kilka ząbków czosnku w łupinach, polewam oliwą, kilka "potarmoszonych" gałązek tymianku, starty kawałek gałki, sól i pieprz. Dobrze wymieszać i do piekarnika...
Nawet Franczesko bierze udział w walce przy podziale ziemniaków, nazywając je co prawda frytkami. Są o wiele zdrowsze i smaczniejsze od frytek, więc niech je nazywa jak chce i wcina...

środa, 18 listopada 2009

Zapiekanka ziemniaczana

To jest przepis do którego mam szczególny sentyment...
W 1989 roku pierwszy raz pojechałem do wymarzonej Francji na winobranie. Miała to być głównie przygoda, ale samofinansująca się. Ceny biletów lotniczych były tak śmieszne, że poleciałem Air France do Paryża, ale dalej (do Sabaudii) jechałem pożyczonym Mercedesem (beczką), nacjonalkami, bo nie miałem kasy na autostrady. Na miejscu Francuzi śmiali się, że Polak Merolem przyjechał pracować przy zbiorze winogron...
Pierwszego dnia, od 8.00 zrywanie winogron (nie piszę praca, bo zabawa była wyborna...) do 12.00, potem dwie godziny przerwy na obiad i odpoczynek, i do 18.00 winnica... W południe byłem tak głodny... no i to słynne francuskie jedzenie... Zasiedliśmy do stołu. "Wjechała" sałata z winegretem i bagietka. Wszyscy nakładają i jedzą, i nic się dalej nie dzieje... No cóż, zjadłem trochę mając nadzieję, że to przystawka i zaraz podadzą danie główne. No i podali... zapiekankę z ziemniaków. I koniec! Ja głodny jak 100 bandziorów! Nażarłem się (bo inaczej tego nie można nazwać) ziemniaków... Wszyscy skończyli ziemniaki i ... "wjechało" pyszne mięsko! A ja już nie mogłem ani kęsa!
Zapamiętam te zapiekane ziemniaki do końca życia... nie tylko dlatego, że były pyszne. ( Uprzedzę pierwszy wpis: g. chłopu nie zegarek...)
Po powrocie do domu próbowałem zrobić takie coś samemu i nawet było podobne. Dzisiaj w każdej książce o kuchni francuskiej jest jakiś przepis na zapiekane ziemniaki. To jest wypadkowa moich prób i książek.
Ziemniaki pokrojone w plastry 15 minut gotuję w osolonej wodzie, szkło do zapiekania smaruję masłem i dno wykładam plasterkami czosnku. Przygotowuję śmietanę (jeśli jest za gęsta rozrabiam mlekiem) z tartym serem (najlepszy jest gruyer, ale z innym twardym też jest jadalne), solą, pieprzem i tartą gałką. Ziemniaki odlewam, układam w szkle i zalewam śmietaną. Po lekkim utrząśnięciu posypuję jeszcze odrobiną tego samego tartego sera i parmezanu. Piekarnik ma 180 st C i zapiekanka stoi w nim ok 1 godziny... może krócej, trzeba obserwować!
Tylko pamiętajcie, że jeszcze będzie mięso!!!

wtorek, 17 listopada 2009

Proste, a pyszne... Jabłka w cieście.

Dzisiaj dla odmiany coś prostego, a pysznego dla dzieci na obiad i coś prostego, a pysznego na kolację z żoną...
Jak już pisałem wcześniej przywiozłem z "na wsi" skrzynkę jabłek...
... jemy jabłka na drugie śniadanie, obiad i podwieczorek (dobrze, że nie chciało mi się zrywać więcej bo trzeba by wprowadzić dodatkowe posiłki).
Franek jeszcze siedzi w domu... a Basia nadal odmawia spożywania posiłków, zwanych obiadami, w szkole. A więc coś dla dwojga... W środku dnia i tygodnia nie chce mi się robić francuskiej potrawki z kurczaka w starym stylu... więc zrobiłem im jabłka w cieście.
Tak proste, że nie wiem czy pisać jak to się robi... Chyba wszyscy wiedzą, że to plasterki jabłek z wyciętymi środkami w cieście naleśnikowym tylko trochę gęstszym... A to, że ciasto naleśnikowe powstaje z wymieszania jajka, szklanki mleka i szklanki mąki z odrobiną soli i ewentualnie odrobiną cukru waniliowego, to już zupełnie oczywiste...
Franciszkowi słodkie obiady "wchodzą" znacznie lepiej niż mięsko...

Na początek kolacji przygotowałem prostą przekąskę z koziego serka i sałaty...
Serki, najlepiej corttin de chavignol (ja dzisiaj takiego nie dostałem... nie rzucili!), trzeba przekroić na pół w poprzek, kromki bagietki opiec w piekarniku z jednej strony, obrócić i położyć na nich połówki serka i znów zapiec, aż serki przyrumienią się. Kiedy to zrobią wystarczy ułożyć je na sałacie skropionej winegretem.
 Przepis jest z mojej ulubionej, pierwszej jaką dostałem, książki "Wyśmienita KUCHNIA FRANCUSKA"

czwartek, 12 listopada 2009

Rolada makaronowa

Dzisiaj nareszcie coś troszkę bardziej skomplikowanego! No i z dynią! Tak, postanowiłem sprawdzić czy z tymi dyniami to prawda i czy są jadalne... :))) 
Był taki przepis w jednej z książek J. Oliviera... zawsze mi się podobał... tylko ta dynia! Już kombinowałem żeby tą nieszczęsną, niejadalną dynię, zastąpić czymś... np kiełbasą! No, ale wszyscy dynia, dynia... dynia tak, dynia siak, dynia taka... Nie, no nie możliwe, żeby wszyscy udawali, że lubią coś niejadalnego! No, dobra... kto nie ryzykuje... w kozie nie siedzi! Jedziemy! Akurat święto, rodzina na obiedzie... Trochę było tradycyjnie - schab pieczony z warzywami, ziemniaki pieczone, brokuły, no i rolada!


Najpierw przygotowałem szpinak. Ok 600 g szpinaku wrzuciłem na patelnie 

 na której był podsmażony czosnek w plasterkach z łyżeczką majeranku (lub oregano). Po kilku minutach, kiedy płyn odparował, dołożyłem dwie łyżki masła i 1/3 tartej gałki. Po wymieszaniu i kilku chwilach na gazie... gotowe!
Dynie nasmarowałem lekko oliwą i obsypałem mieszanką zmiksowanej małej suszonej papryczki chilli, pół łyżeczki anyżu, soli i pieprzu, i do piekarnika. Kiedy dynia się piekła, musiałem zrobić ciasto makaronowe... to jest najgorszy punkt przepisu... chyba, że ktoś ma maszynkę do makaronu... ja nie mam!
Ciasto makaronowe robię wg. proporcji: 1 jajko na 100 g mąki. Tu użyłem 400 g mąki. Trzeba rozwałkować na prostokąt o grubości 2 mm. Jeśli potrzeba, nożem wyrównać brzegi. Ułożyłem ciasto na czystej ściereczce i rozłożyłem na nim z brzegu (dłuższego) upieczoną dynię, a dalej szpinak i na niego pokruszyłem ok 150 g ricotty.

Trochę tartego parmezanu, kilka kropli oliwy, szczypta soli...

Trzeba to to teraz zgrabnie zwinąć, zawinąć w ściereczkę i zawiązać końce. I delikatnie przełożyć do osolonego wrzątku na 25 minut, przyciskając np mniejszą pokrywką.

Potem, już tylko odwinąć, pokroić, posypać parmezanem i udekorować listkami szałwii (nie miałem szałwii, mięta okazała się też dobra) podsmażonymi na sklarowanym maśle...
Przeszło moje najśmielsze oczekiwania! Nawet Basia, która nie jada szpinaku zjadła mały kawałek...
Został mi jeszcze kawałek dyni... szkoda, żeby się zmarnowała... Aha! To była taka prawie "normalna" dynia, tylko bardziej pomarańczowa. :)))


poniedziałek, 9 listopada 2009

Rybka i Afelia

Trochę odespałem wypad do Bielska - Białej, więc spieszę z przepisami na rybę i Afelię... obydwa są oczywiście, niestety proste. Tak jak i ostatnio pate, które w Bielsku smakowało :-)
Ryba może być raczej dowolna. Trzeba ją troszkę na oliwić, po solić, po pieprzyć. Przykrywam ją plastrami mozzarelli i smaruję kwaskową śmietaną. Papryczkę chilli kroję w paski (bez pestek i wnętrzności) i układam na śmietanie. Po tej czynności bardzo dokładnie myję ręce! Skórkę z cytryny można pokroić w cienkie paski lub zetrzeć na tarce, trochę bazyli lub majeranku, soli, pieprzu, oliwy i sok z cytryny... Piekarnik powinien mieć 220 st C , piekę około 20 min... Co ciekawe wszystko to samo tylko bez ryby i bez pieczenia jest pyszną przystawką.
Z Afelią też sprawa bardzo prosta, a efekt bardzo efektowny :)) Zapach jaki rozchodzi się z piekarnika działa jak zapach kawy w reklamach tv!
Potrzebna jest chuda wieprzowina pokrojona w ok. 5 cm kostkę, ok 1 kg. Pół opakowania nasion kolendry miksuję w malakserze z kilkoma ziarnami pieprzu, odrobiną soli i łyżeczką cukru. Można to rozgnieść w moździerzu, ale bardzo dokładnie, bo inaczej później nasiona kolendry wchodzą między zęby :(((
Powstałą miksturą nacieram mięso i odstawiam na kilka godzin do lodówki.Później mięso szybko obsmażam na dużym ogniu i do żeliwnego gara. Na patelni podsmażam trzy duże cebule pokrojone na plastry, a potem wlewam pół butelki czerwonego wina. Jak się zagotuje dorzucam na mięso tak, żeby go zakryła. Piekarnik 160 st. C i ok 1 godziny. Podaję posypane natką kolendry lub pietruszki. Do tego sałata z winegretem i bagietka............ poezja!

Afelia na talerzu z bagietką i sałatą prezentuje się o wiele lepiej, ale jak wróciliśmy z Bielska nie było już czego fotografować...

piątek, 6 listopada 2009

Dużo roboty...

Dzisiaj trochę pojechałem po bandzie :))) 
Jutro jedziemy z Tęczą na wyjazdową imprezkę... trochę daleko...
Jednym z prezentów będzie PATE z kurzych wątróbek, które zrobiłem dzisiaj jako pierwsze.
Później Basia wróciła ze szkoły, a i młody siedzi w domu więc trzeba było nakarmić potomstwo. Mało ambitnie i raczej leniwie... ale obydwoje przepadają za tym.
Na kolacje rybka pod kołderką z mozzarelli i śmietany ze skórką  z cytryny i ostrą papryczką, bo "wpływa na wszystko"... :)
No i trzeba zostawić młodym coś do jedzenia jak nas nie będzie... więc, prosta i pyszna grecka "Afelia", w której smak czerwonego wina i mięsa zamarynowanego w nasionach kolendry... mmm!
Afelia jest bardziej "fotogeniczna" na talerzu...
Przepis na pate (wiem nad e powinno być takie ' coś ) pochodzi z kuchni tv, leniwymi kiedyś "zaraziła" mnie Dominika, ryba od J.Oliviera, a Afelia z książki Arkad "Kuchnia Śródziemnomorska". Trochę tego dużo... zrobić zdążyłem, ale dzisiaj wszystkiego nie opiszę...
Ponieważ pierwszy raz robiłem "proste pate z kurzych wątróbek" i jestem z niego bardzo dumny :))) dzisiaj podam tylko ten przepis.
500 g wątróbek podsmażyłem na maśle, ale tylko chwilę, żeby w środku zostały różowe i do malaksera. Na tej samej patelni, po dorzuceniu jeszcze odrobiny masła, zeszkliłem dwie posiekane szalotki, dwa ząbki czosnku, pół łyżeczki świeżego tymianku i pół grubo mielonego pieprzu.Do tego wlałem 50 g brandy i podpaliłem... :)))

Kiedy ogień się wypalił, wszystko trafiło do malaksera, do wątróbek i jeszcze filecik anchois. Zmiksowałem, dodałem ok 120 g masła, zmiksowałem... Przełożyłem do foremki, wkleiłem gałązkę tymianku i zalałem sklarowanym masłem. Potem już tylko lodówka... :)))

środa, 4 listopada 2009

Paczuszki

Franciszek postanowił spędzić z ojcem trochę więcej czasu... Fajnie było całą rodziną odwiedzać groby rodzinne na Powązkach i na Wólce, fajnie było zapalić znicz przy pomniku na cmentarzu Powstańców Warszawy...
Fajnie było, ale fanie też będzie z ojcem w domu... Jak postanowił tak i zrobił... w poniedziałek rano miał 38,2, a wieczorem jak ibufen przestał działać udało się mieć 39,6 st C... no ! Tyle to już dawno nie było! Tak więc siedzimy trzeci dzień w domu, odstaliśmy swoje do lekarza, z Tęczą na zmianę wstajemy w nocy, bo "gorączka trzyma". Dzisiaj jest trochę lepiej... kończymy właśnie oglądać Rudolfa Czerwononosego...
Tęcza "na zakładzie", Basia na zajęciach, a my z młodym zajęci Rudolfem... a jeść trzeba...
No, Rudolf się skończył, a Bolka i Lolka znam na pamięć więc udam się do kuchni...
Padło na "paczuszki" z piersią kurczaka z grzybami. Przepis z J.Oliviera troszkę dostosowany...
Na podwójnie złożoną folie al trafia plasterek cytryny, kawałki piersi kurczaka, ćwiartka małego pomidora, ząbek czosnku, mrożona kurka dla aromatu (akurat była, można zastąpić namoczonym suszonym borowikiem albo innym), pokrojona grubo pieczarka, ćwiartka małej cebuli, pół łyżeczki śmietany, odrobina musztardy (oczywiście Dijon:). Grubo mielony pieprz kolorowy, gruba sól, gałązka tymianku, kilka kropli oliwy. Folie składam na pół i zawijam szczelnie brzegi. Przed zamknięciem ostatecznym, wlewam łyka białego wina (do paczuszki!). Piekarnik 220 st. C i 25 minut...
...et ca suffit :)))
Znów było danie "w 5 minut", ale chodzi mi po głowie takie coś na pół dnia w kuchni... bajka!
Tak wygląda na talerzu z sałatą...  (troche gorzej, ale dobre!)